
Podczas gdy Armas i Rok wspólnymi siłami przy użyciu liny elfów wciągali walizkę na bezpieczny grunt, Indra zastanawiała się nad słowami Rama. Domyślała się, iż odnoszą się do okolicy, ku której zmierzali, może bał się, że blask światła zostanie dostrzeżony z tamtej strony muru. Wystawiać się na pośmiewisko.
Czy to walka o prestiż?
– Posłuchaj, Ram – powiedziała z udaną surowością, kiedy podjęli znowu wędrówkę po wąziutkiej półce, a światło zostało zgaszone. – Kiedy słucha się ciebie, jak opowiadasz o tym tajemniczym miejscu, do którego zmierzamy, to zaczyna się człowiek zastanawiać, czy wy czasami nie ulokowaliście tego strasznego terytorium akurat w tym miejscu z całą świadomością i wolą. Tutaj, gdzie grzmią sztormy i spienione morze, a wszędzie wokół rozciągają się straszne bezdroża.
– Myślisz, że to ma odstraszać? – wtrącił się Armas.
– No właśnie.
Odpowiedź Rama nadeszła po chwili pełnej wahania i została natychmiast porwana przez wiatr.
– Tak jest, macie rację. Obie strony zgodziły się na pewną odległość.
– Pewną? – westchnęła Indra. – Ram, ja jestem zwyczajną istotą. Kiedy mówiłeś mi o wyprawie, nie wspomniałeś ani słowem o tej okolicy.
– Nie, bardzo się wystrzegałem.
Indra potknęła się o kamień i zawołała gniewnie:
– Przeklęte ciemności! Jesteśmy rozpieszczeni przez światło, nie znosimy czegoś takiego. Czy tutaj są też jakieś zwierzęta?
– Tutaj nie ma nic. To jest zamknięty świat, w którym żywioły hulają jak chcą.
– A właśnie, zwierzęta! – zawołała Indra. – Ta moja szalona siostra chce sprowadzić do Królestwa Światła wielkie jelenie.
– Co mówisz, nic nie słyszę?
– Nie, to chyba nie jest właściwe miejsce na dyskusje o faunie.
Kiedy wiatr na moment przycichł, Indra podjęła inny temat, który ją niepokoił:
