Trafiały go kolejno, a forma galaretkowa wydała zabawny dźwięk, odbijając się od jego głowy. Potem, wirując, odleciała w tył.

Zaraz potem zobaczył ośmiokąt. Wyrysowany kredą.

Uderzył w niego.


* * *

Ridcully przyjrzał się uważnie.

— Odrobinę mniej niż sto dwadzieścia pięć funtów — stwierdził. — Ale poza tym… dobra robota, panowie.

Rozczochrany strach na wróble pośrodku kręgu wstał chwiejnie i zgasił jeden czy dwa płomyki na ubraniu. Potem rozejrzał się mętnym wzrokiem.

— Hehehe? — powiedział.

— Może być trochę zdezorientowany — mówił dalej nadrektor. — W końcu to ponad sześćset mil w dwie sekundy. Unikajmy gwałtownych ruchów.

— Jak z lunatykami, chce pan powiedzieć? — upewnił się pierwszy prymus.

— Jak to z lunatykami?

— Jeśli obudzi się nagle lunatyka, odpadają mu nogi. Tak twierdziła moja babcia.

— Jesteście pewni, że to Rincewind? — spytał dziekan.

— Oczywiście, że to Rincewind — zapewnił pierwszy prymus. — Szukaliśmy go przez parę godzin.

— Ale to może być groźna kreatura okultystyczna — upierał się dziekan.

— W takim kapeluszu?

Kapelusz był spiczasty. W pewnym sensie. Przypominał rodzaj szamańskiego nakrycia głowy z rozszczepionych gałązek bambusa i liści palmy kokosowej, i powstał zapewne w nadziei ściągnięcia przelotnej magowatości. Na nim, ułożone z muszelek mocowanych trawą, widniało słowo MAGGUS.

Właściciel kapelusza patrzył poprzez magów, jakby ich nie dostrzegał. Pchnięty nieoczekiwanym wspomnieniem, utykając, pospiesznie wyszedł z ośmiokąta i ruszył do drzwi.

Magowie ostrożnie poszli za nim.

— Nie jestem pewien, czy można jej wierzyć. Ile razy widziała coś takiego?

— Nie wiem. Nie mówiła.



21 из 292