
— Kwestor lunatykuje prawie każdej nocy.
— Naprawdę? Kuszące…
Rincewind, jeśli takie imię nosiła ta istota, wyszedł na plac Sator.
Plac był zatłoczony. Powietrze falowało nad piecykami sprzedawców kasztanów i pieczonych ziemniaków; rozbrzmiewały tradycyjne uliczne okrzyki Ankh-Morpork
Istota zbliżyła się do chudego mężczyzny w za dużym płaszczu, który podpiekał coś nad palnikiem olejowym ustawionym na szerokiej, zawieszonej u szyi tacy.
Być-może-Rincewind chwycił brzeg tacy.
— Masz… może… ziemniaki? — wycharczał.
— Ziemniaki? Nie, szefuniu. Mam kiełbaski w bułce.
Być-może-Rincewind znieruchomiał. A potem zalał się łzami.
— Kiełbaska w buuułce! — zajęczał. — Kochana kiełbaska w buuułce! Daj mi kiełbaskę w buuułceee!
Porwał z tacy trzy sztuki i próbował zjeść je równocześnie.
— Wielcy bogowie… — szepnął Ridcully.
Istota odbiegła, potykając się. Kawałki bułki i fragmenty produktów wieprzowych sypały się kaskadą ze splątanej brody.
— Jeszcze nigdy nie widziałem, żeby ktoś zjadł aż trzy kiełbaski w bułce Gardła Dibblera i wyglądał na tak zachwyconego — rzekł pierwszy prymus.
— Jeszcze nigdy nie widziałem, żeby ktoś zjadł aż trzy kiełbaski w bułce Gardła Dibblera i wyglądał tak pionowo — stwierdził dziekan.
— Jeszcze nie widziałem, żeby ktoś zjadł cokolwiek od Gardła Dibblera i zdołał odejść bez płacenia — zauważył wykładowca run współczesnych.
Istota zataczała się radośnie po placu, a łzy spływały jej po twarzy. Krętą trajektorią dotarła w pobliże wylotu zaułka, skąd wyskoczyła jakaś niewielka postać i z pewnymi kłopotami uderzyła ją w tył głowy.
Zjadacz kiełbasek osunął się na kolana.
— Au! — zwrócił się do świata jako takiego.
— Nie nie nie nie nie nie nie! — Starszy mężczyzna wynurzył się z zaułka i stanowczo wyjął z niewprawnych dłoni młodzieńca pałkę. Tymczasem ofiara bełkotała coś na klęczkach. — Powinieneś przeprosić tego biednego pana. Nie wiem, co sobie pomyśli. Popatrz tylko na niego: ułatwił ci zadanie, jak tylko potrafił, i co go za to spotkało? Znaczy, niby co to było, twoim zdaniem?
