
— Mru-mru-mru-mru, panie Boggis — odpowiedział chłopiec, wpatrując się w czubki swoich butów.
— Co takiego? Głośniej!
— Trzaśniecie znad Ramienia, panie Boggis.
— To miało być Trzaśniecie znad Ramienia? Coś takiego nazywasz Trzaśnięciem znad Ramienia? To… przepraszam pana uprzejmie, postawimy pana na nogi, tylko chwila… O, to jest Trzaśniecie znad Ramienia!
— Au! — krzyknęła ofiara, po czym, ku zdumieniu wszystkich zainteresowanych, dodała: — Cha, cha, cha, cha!
— A ty zrobiłeś coś takiego… przepraszam, że się narzucamy, szanowny panie, to potrwa najwyżej minutkę… zrobiłeś tak…
— Au! Cha, cha cha, cha!
— Wszyscy się przyjrzeli? Chodźcie no tu, stańcie bliżej…
Pół tuzina młodych ludzi wyszło z zaułka i utworzyło nierówny krąg wokół pana Boggisa, pechowego studenta i ofiary, przypadkowego człowieka, który zataczał się wkoło, wydawał z siebie ciche „umf, umf, ale wciąż z jakiegoś powodu wydawał się niezwykle rozradowany.
— Słuchajcie uważnie — rzekł pan Boggis tonem starego, doświadczonego fachowca, który stara się przekazać swą wiedzę niewdzięcznej potomności. — Kiedy z klasycznego wylotu zaułka sprawiacie kłopot klientowi, właściwa procedura… Och, dzień dobry, panie Ridcully, nie zauważyłem pana.
Nadrektor przyjaźnie skinął mu głową.
— Nie chcielibyśmy przeszkadzać, panie Boggis. Szkolenie Gildii Złodziei, tak?
Boggis wzniósł oczy.
— Nie wiem, czego ich uczą w szkole — westchnął. — Nic tylko czytanie i pisanie, bez przerwy. Kiedy ja byłem takim dzieciakiem, w szkole uczyliśmy się czegoś pożytecznego. No dobrze… Ty, Wilkins, natychmiast przestań chichotać, twoja kolej, przepraszam na moment, drogi panie…
