
— Rozumiem. A kto mnie uderzył?
— Uczniowie Gildii Złodziei na praktyce terenowej.
Rincewind mrugnął.
— To Ankh-Morpork, prawda?
— Tak.
— Tak myślałem. — Rincewind znów zamrugał, powoli. — No to — powiedział, padając na twarz — wróciłem.
* * *
Pan Hong puszczał latawca. Była to czynność, którą wykonywał w sposób doskonały.
Pan Hong wszystko robił w sposób doskonały. Jego akwarele były doskonałe. Poezje były doskonałe. Kiedy składał arkusik papieru, doskonała była każda krawędź — twórcza, oryginalna i skończenie doskonała. Pan Hong już dawno zaprzestał pogoni za doskonałością, gdyż trzymał ją zakutą gdzieś w lochu.
Pan Hong miał dwadzieścia sześć lat, był szczupły i przystojny. Nosił bardzo małe, bardzo okrągłe okulary w stalowych oprawkach. Kiedy go opisywali, ludzie używali określenia „gładki” albo wręcz „śliski”
A teraz jego latawiec — czarny, z wymalowaną parą wielkich oczu — zanurkował z nieba. Hong starannie obliczył kąt; nie trzeba chyba dodawać, że doskonale. Sznurek latawca, pokryty klejem i tłuczonym szkłem, przeciął linki współzawodników, a ich latawce odfrunęły, wirując.
Widzowie zaklaskali uprzejmie. Ludzie z łatwością odkrywali, że oklaskiwanie pana Honga dowodzi rozsądku.
Hong oddał sznurek służącemu, uprzejmie skinął głową pokonanym współzawodnikom i wszedł do namiotu.
Tam usiadł i spojrzał na swego gościa.
— Wysłaliśmy wiadomość — poinformował go przybysz. — Nikt nas nie widział.
— Wręcz przeciwnie — poprawił go pan Hong. — Widziało was dwudziestu ludzi. Czy wyobrażasz sobie, jak trudno jest strażnikowi patrzeć prosto przed siebie i niczego nie zauważać, kiedy ktoś się przekrada w pobliżu, robi tyle hałasu, co cała armia, i jeszcze szepcze, żeby być cicho? Szczerze powiem, że twoi ludzie chyba nie mają rewolucyjnych talentów. Co ci się stało w rękę?
— Albatros mnie dziobnął.
