
— Nawet nie piśśśnij! — polecił.
Obaj leżeli w ciszy i bezruchu, dopóki odgłos silnika nie ucichł w oddali.
Dom nie miał wątpliwości — phnob był przemytnikiem pilacu. Poławiacze dagonów zajmowali się zawodowo połowem pereł narkotycznego pilacu, mając na to licencję Rady Widdershnis. Robili to setkami, w świetle księżyca, używając lin, kombinezonów z grubej skóry i skomplikowanych procedur bezpieczeństwa. A i tak w pobliżu zawsze była platforma przetwórcza ze szpitalem, bo utrata kończyn była na porządku dziennym.
Byli jednakże i inni rybacy, którzy woleli poświęcić bezpieczeństwo w imię czegoś, co nazywali podnieceniem. Zbijali fortuny, choć mieli problemy, by z nich korzystać, pracowali sami i ci, którzy przeżyli pierwsze połowy, byli niezwykle biegli i zręczni. To, co wydarli morzu, było tylko ich, ale śmierć zbierała wśród nich obfite żniwo. Rada czasami przeprowadzała przeciw nim akcje, choć bardziej z poczucia obowiązku niż z nadzieją na sukces. Obecnie złapanych nie zabijano — byłoby to sprzeczne z Przykazaniem, ale kara mogła być dla wielu z nich gorsza od śmierci. Przy ich naturze…
Phnob, zamiast od razu go zabić, wstał, trzymając nóż za cięższe ostrze.
— Skąd się tu wziąłem? — spytał Dom. — Ostatnie co pamiętam…
— Unosssiłeśśś sssię ssspokojnie wśśśród lilii, ranny w pierśśś. Od rana wszędzie latała bezpieka, szukając kogośśś, więc byłem ciekaw i cię wyciągnąłem.
— Dziękuję. — Dom usiadł ostrożnie. — Jak daleko jesteśmy od Wieży?
— Około czterdziestu kilometrów, a upłynęliśmy może z dwa od tego czasu.
— Czterdzieści!? Ktoś mnie postrzelił przy samej Wieży!
— Może dobrze pływasz, jak na topielca. Dom powoli wstał, nie spuszczając wzroku z noża, którym tamten znów zaczął się bawić.
— Dużo zebrałeś pilacu? — spytał.
— Osiemnaście kilo w ciągu ostatnich dwudziestu ośmiu lat — odparł phnob, obserwując obojętnie niebo.
