
– Jordi, nie psuj nastroju! To, co powiedziałeś wcześniej, sprawiło mi wielką radość.
Jordi uśmiechnął się przelotnie, ale zaraz spoważniał.
– Moje ręce są takie puste, Unni – rzeki z bólem w głosie. – Tak bardzo chciałbym ująć w nie twoją twarz, te delikatne zaokrąglenia linii szczęki, które widzę, gdy siedzisz obrócona do mnie półprofilem. I kości policzkowe…
– Dziękuję. To bardzo miłe, chociaż przez moment wydawało mi się, że dajesz mi do zrozumienia, że mam grube szczęki.
– Och, wcale nie! I tak bardzo bym chciał dotknąć twoich ramion, są takie dziecinne.
– Pulchne?
– Czy ty musisz przeinaczać wszystko, co powiem?
– Przepraszam, taka jestem głupia. Mów dalej!
– Nie, teraz już mnie całkiem wybiłaś – oświadczył, wstając. – Wyjdziemy na dwór? Jest taka wspaniała pogoda, ja już całkowicie wyzdrowiałem, a tymczasem siedzimy tu i dusimy się na jakimś strychu.
Oczywiście Unni z radością zgodziła się mu towarzyszyć i, rzecz jasna, ogromnie była zła na samą siebie za to, że zepsuła taką piękną, rzadką chwilę, próbując obrócić w żart poważne wyznania Jordiego.
Dlaczego? Dlaczego?
Doskonale o tym wiedziała.
Dlatego, że była tak rozpaczliwie niepewna siebie i nie wierzyła, że komuś może się naprawdę spodobać. I dlatego, że nie chciała, aby ktoś wyobraził sobie, że myśli na swój temat nie wiadomo co.
Jakież to skomplikowane, jakaż niedojrzałość! Unni jednak nie potrafiła wydobyć się z grząskiego bagna. Jedynie wówczas, gdy niepokoiła się o innego człowieka, potrafiła zapomnieć o zastanawianiu się nad tym, jakie wrażenie wywiera na innych. A przecież wiedziała, że brak pewności siebie często bywa formą przesadnego zajęcia własną osobą. To takie upokarzające: była tak krótkowzroczna, taka głupia. Sama się przez to nie znosiła, a to uczucie wcale nie poprawiało jej własnego obrazu.
Na dole w korytarzu spotkali Veslę, która sprawiała wrażenie bardzo niespokojnej.
