
A oto i zawalony mostek nad strumieniem, wezbranym teraz po wiosennych roztopach. Jego widok obudził w Antoniu wspomnienie o tym, jak to razem z Jordim wybrali się kiedyś wraz z dziadkami na moroszki. Był jeszcze wtedy bardzo mały. Starszy brat, Jordi, nazbierał całe wiaderko, Antonio natomiast bardziej był zainteresowany siewkami, których monotonny krzyk bezustannie niósł się ponad płaskowyżem. Antonio zerwał siedem jagód, trzy gdzieś zgubił, a resztę zjadł.
Zatrzymał się teraz przy mostku, znów usłyszał ten odgłos skradających się kroków.
W tej samej chwili zgasło światło słońca. Pustkowie okrył zimny, niebieski cień.
Antonio poczuł się nieswojo. Z wielką niepewnością odwrócił się jeszcze raz, chcąc zobaczyć tego, kto się za nim skrada. A może skradających się było więcej? Niekiedy wydawało mu się, że słyszy kroki kilku osób.
Niechętnie popatrzył przez ramię.
Nikogo nie było, ale czego się spodziewał?
Antonio celowo wybrał to miejsce, te wrzosowiska, noszące ślady minionych wypasów, z resztkami dwóch samotnych letnich zagród, położonych w takiej odległości od siebie, że, doprawdy, trudno to było nazwać sąsiedztwem.
Miał przecież odprawić pewien rytuał, na zawsze unicestwić pełne złej mocy pudełko, i to właśnie zamierzał uczynić tu, w tych górach. Lecz nie w pobliżu letnich zagród, bo to równałoby się niemal świętokradztwu. Zdecydował, że wyszuka takie miejsce, do którego nikt się nie zapuszcza.
Myśl o rytuale, który miał odprawić, przyprawiła go o mocniejsze bicie serca. Mogła to być niebezpieczna procedura, a on przybył tutaj o tak późnej porze. Nie miał też pewności co do piołunu – czy był prawdziwy, czy też to tylko pospolita bylica? Zgromadził już wszystkie pozostałe składniki, niezbędne do sporządzenia czarodziejskiej nalewki, z tym jednym wyjątkiem – piołunu nie był pewien.
