
Rycerze twierdzili, że może liczyć na pomoc w unicestwianiu pudełka. Doprawdy, taka pomoc z pewnością mu się przyda! Do tej pory bowiem podróż była istnym koszmarem, czające się, skradające kroki, to przecież bagatelka w porównaniu z tym, co wcześniej napędziło mu niezłego stracha.
Przeprawa z rodzinnego miasta do Valdres była po dziesięćkroć gorsza. Poszukiwanie piołunu sprowadziło go na manowce, a to, co przeżył wtedy…
Nie, nie chciał o tym myśleć, nie teraz, kiedy czuł się tak rozpaczliwie samotny i opuszczony, na budzącym grozę, pogrążonym w wieczornym mroku pustkowiu, z niewidzialnymi duchami depczącymi mu po piętach.
Było już za późno na to, by skierować się z powrotem do samochodu, przecież pragnął zobaczyć tę starą, opuszczoną letnią zagrodę, znajdującą się tak niedaleko, no i chciał tu, wysoko, odprawić rytuał. Głupio byłoby teraz zawracać, doskonale wiedział, że później bardzo by tego żałował.
Ale co począć z nadciągającą nocą? Nocleg w tym miejscu, przy wtórze kroków, które zdawały się go prześladować, nie wydawał się najlepszym pomysłem, a właściwie ani trochę dobrym.
Stanął nieruchomo, patrząc na wieczorny, niebieski świat gór. Jakże piękny, choć przepojony smutkiem, a zarazem tak niebywale potężny.
Tu, w tym świecie, człowiek był zaledwie maleńką cząstką wieczności.
Jednocześnie
„On to ma, on to ma naprawdę. Ma nasze bezcenne naczynie!”
„Co zrobimy? Co teraz zrobimy?”
„Zabijemy!”
„Nie. Na wieczku wciąż widnieje ten ohydny bezbożny znak”.
„To prawda. Niedobrze, żebyśmy my, wtajemniczeni słudzy boscy, zanadto zbliżali się do tego znaku”.
„Trzeba się go najpierw pozbyć, a wtedy maść znów będzie nasza i wówczas możemy zabić!”
„Tylko jak go usunąć? Nauczyli się już odpychać od siebie nasze słowa w snach, które na nich zsyłamy”.
„Ale ten człowiek jest słaby. To najzwyklejszy śmiertelnik”.
