
– Adam…
– Tak? – głos brzmiał tak, jakby Adam właśnie zasypiał.
– Przepraszam – powiedziała z namysłem, zerkając w jego stronę. Półleżał z zamkniętymi oczami, wystawiając twarz do słońca. – Nie chciałam być aż tak opryskliwa.
– To czemu byłaś? – spytał, nie otwierając oczu. – Czyżby twój wielki brat zmusił cię do rezygnacji z ważnej randki, abyś mogła mnie odebrać?
Zaśmiała się przez uprzejmość. Ciekawe, co by powiedział, gdyby wyznała prawdę? Że pięć lat temu beznadziejnie się w nim zakochała i jeszcze teraz może ją zranić swym zachowaniem, jak nikt inny.
– Powiedzmy, że wstałam lewą nogą – odrzekła pojednawczo. – Nie zawsze jestem taka wredna.
– To dobrze. Nie wyobrażam sobie, by twoja apteka była dochodowa, jeśli traktujesz wszystkich klientów tak, jak mnie. Chyba że masz monopol.
– Tak, to jedyna apteka w promieniu czterdziestu mil – pozwoliła sobie na słaby uśmiech. – Sam widzisz, że mogę być jędzą.
– Szczęściara – dalej nie otwierał oczu.
– Słuchaj, staram się być miła. Czy nie moglibyśmy zacząć od początku?
Nieznośna cisza wypełniła samochód i zdawało się, że będzie trwać w nieskończoność. Wreszcie Christy nie wytrzymała i spojrzała w jego stronę. Zaraz odwróciła wzrok, ale nie dość szybko, by nie dostrzec, że obserwował ją z leciutkim uśmiechem.
– Przeprosiny przyjęte, nie potrafię się obrażać – powiedział w końcu. Skrzyżował ręce na piersi i wyciągnął się wygodnie. Sprawiał wrażenie, iż napawa się jej zmieszaniem. – Chyba spiekłem się na raka. Moja blada skóra nie przywykła do takiego słońca.
Mimo że przybywał prosto ze środka angielskiej zimy, wcale nie był blady. Wręcz przeciwnie, opaleniznę miał mocniejszą od niej.
– Krem ochronny jest w schowku przed tobą – powiedziała – albo, jeśli chcesz, możemy zaciągnąć dach.
