
Pan długo pracował nad ukształtowaniem Adama i radował się też nim potem bardzo. Moja nowo obudzona świadomość odczuwała wielki ból z powodu zapomnienia. Któregoś dnia Najwyższy dostrzegł mnie, podniósł i wyrzucił daleko. I tam już zostałem, odrzucony, obolały, nikomu niepotrzebny. Moje świeżo uformowane ciało, również na jego obraz i podobieństwu, dotkliwie cierpiało w prażącym słońcu. Zostałem wysuszony, z każdym dniem stawałem się coraz bardziej sztywny i rozpaczliwie pragnąłem znaleźć się znowu w ziemi.
I oto któregoś dnia znalazł mnie Lucyfer. Było to w tym samym dniu, gdy popadł w niełaskę Pana, albowiem nie chciał uznać Adama, istoty, którą uczyniono z garści gliny. Sam Lucyfer został przecież stworzony z ognia, uważał się tedy za dużo bardziej wartościowego niż ludzie. Wielkie rozgoryczenie zapanowało w Ogrodzie Edenu tamtego dnia. Lucyfer znalazł mnie i podniósł z ziemi. A ponieważ był zły na swego Pana – wyczuwałem jego gniew buzujący pod skórą niczym nagromadzona gorąca para – wziął mnie w rękę i zaniósł pod cieniste drzewa przy bramie Raju. „Zasługujesz na coś więcej niż na to, byś leżał tu w słońcu i cierpiał” – rzekł anioł światłości.
