
– Nie to chciałem powiedzieć. Po prostu myślałem, że była pani w jakimś innym wydziale. Nie wygląda pani na żółtodzioba.
– Wstąpiłam na akademię w wieku trzydziestu czterech lat.
– Naprawdę? Rany.
– Aha. Trochę późno złapałam bakcyla.
– Co pani robiła wcześniej?
– Och, mnóstwo rzeczy. Przeważnie podróżowałam. Sporo czasu zajęło mi uświadomienie sobie, o co mi naprawdę chodzi. A wie pan, czym chciałam się najbardziej zajmować?
Bosch popatrzył na nią.
– Czym?
– Tym, co pan. Zabójstwami.
Nie wiedział, co odpowiedzieć: zachęcać ją czy zniechęcać.
– Cóż, powodzenia.
– Nie uważa pan, że ta praca sprawia największą satysfakcję? Że coś znaczy. Niech pan się zastanowi: usuwacie z mieszaniny najgorszych osobników.
– Z mieszaniny?
– Ze społeczeństwa.
– Hm, pewnie tak. Kiedy dopisuje nam szczęście.
Dołączyli do doktora Guyota, który zatrzymał się z psem na rondzie.
– To tutaj?
– Tak, tu ją spuściłem. Pobiegła tamtędy.
Wskazał pustą, zarośniętą parcelę, zaczynającą się na poziomie ulicy, lecz nieco dalej, przed wierzchołkami wzgórz przechodzącą w stromy stok. Przez posesję biegł wielki rów odwadniający, co tłumaczyło, dlaczego nigdy nie została zabudowana. Była to własność miasta; rowem usuwano nadmiar deszczówki, spływającej spod domów. Wiele ulic w kanionie stanęło na miejscu dawnych strumieni i łożysk rzecznych. Gdyby nie system melioracyjny, po burzach znów pojawiłyby się potoki.
