
– Nie ma za co.
Bosch włożył nową koszulę i przyglądał się, jak lekarz składa zestaw do pierwszej pomocy. Zastanawiał się, jak dawno Guyot miał ostatniego pacjenta.
– Kiedy przeszedł pan na emeryturę? – zapytał.
– Za miesiąc minie rok.
– Brakuje panu pracy?
Guyot odwrócił się od zestawu i przyjrzał się Boschowi.
– Codziennie. Nie brak mi samej pracy – wie pan, konkretnych przypadków. Ta robota jednak coś znaczyła. Tego mi brakuje.
Boschowi przypomniało się, jak Julia Brasher określiła pracę w wydziale zabójstw. Pokiwał głową na znak, że rozumie słowa Guyota.
– Powiedział pan, że tam na górze jest miejsce przestępstwa? – zapytał lekarz.
– Tak. Znalazłem więcej kości. Muszę zadzwonić i zorientować się, co dalej. Mogę skorzystać z pańskiego telefonu? Nie sądzę, żeby moja komórka tu działała.
– Nie, nigdy nie działają w kanionie. Niech pan skorzysta z aparatu na biurku. Zostawię pana samego.
Guyot wyszedł z gabinetu, zabierając zestaw do pierwszej pomocy. Bosch okrążył biurko i usiadł. Pies leżał obok krzesła. Zwierzę podniosło łeb i jakby się zdziwiło, widząc obcego człowieka na miejscu pana.
– Calamity, czyli Nieszczęście – powiedział Bosch. – Myślę, że zapracowałaś dzisiaj na swoje imię.
Pogłaskał sukę po karku. Calamity zawarczała, szybko więc cofnął dłoń, zastanawiając się, czy przyczyną wrogiej reakcji suki była tresura, czy coś, co w nim tkwiło.
Podniósł słuchawkę i zadzwonił do domu swojej przełożonej, porucznik Grace Billets. Wyjaśnił, co znalazł przy Wonderland Avenue i wyżej na wzgórzu.
