
– Na jak stare wyglądają te kości, Harry? – zapytała porucznik.
Bosch popatrzył na fotografię małych kości, które znalazł w ziemi. Zdjęcie było fatalne; błysk flesza spowodował nadmierną ekspozycję; zrobił je ze zbyt małej odległości.
– Bo ja wiem, wyglądają na stare. Moim zdaniem mają wiele lat.
– W takim razie nic na miejscu przestępstwa nie będzie świeże.
– Może świeżo wygrzebane, ale wszystkie są tu od dawna.
– O to mi chodziło. Wobec tego powinniśmy na razie wbić kołek, że to nasza działka, i przyszykować się do powrotu jutro. Cokolwiek leży na wzgórzu, przez noc nigdzie się nie podzieje.
– Owszem – przytaknął Bosch. – Też tak uważam.
Porucznik Billets zastanowiła się chwilę przed następnymi słowami.
– Harry…
– Tak?
– Zmniejszają budżet, zwalniają ludzi… i potrzebne nam sprawy, które można zamknąć.
– No dobrze, wdrapię się na górę i zagrzebię kości z powrotem. Powiem lekarzowi, żeby nie spuszczał więcej psa ze smyczy.
– Daj spokój, Harry, wiesz, o co mi chodzi. – Grace Billets westchnęła głośno. – Pierwszy dzień roku i od razu mamy pod górkę. – Bosch milczał, pozwalając jej odreagować administracyjne frustracje. Nie potrwało to długo i to właśnie między innymi w niej lubił. – No dobra, wydarzyło się dzisiaj coś jeszcze?
– Niewiele. Parę samobójstw, na razie to wszystko.
– W porządku. O której zamierzasz jutro zacząć?
– Chciałbym przyjechać jak najwcześniej. Podzwonię i zobaczę, co uda mi się zorganizować. Dopilnuję, żeby ktoś potwierdził identyfikację kości, zanim zabierzemy się do pracy.
