
Po wyjściu funkcjonariuszy Harry odwrócił się do lekarza i dostrzegł, że drżenie mięśni twarzy stało się nieco wyraźniejsze.
– Z początku też mi nie wierzyli – powiedział Guyot.
– Po prostu dostajemy mnóstwo takich zgłoszeń, ale ja panu wierzę, doktorze, więc niech pan opowiada dalej, dobrze?
Guyot kiwnął głową.
– Cóż, doszedłem do ronda i zdjąłem smycz. Calamity czmychnęła do lasu – lubi tam biegać. Jest wytresowana. Wraca, kiedy zagwiżdżę. Kłopot w tym, że nie potrafię już głośno gwizdać, toteż jeśli dobiegnie gdzieś, skąd mnie nie słyszy, to muszę czekać – rozumie pan.
– Co się stało, kiedy znalazła kość?
– Zagwizdałem, ale nie przybiegła.
– Czyli była dość daleko.
– Właśnie. Czekałem i czekałem. Zagwizdałem jeszcze kilka razy, aż wreszcie wyszła z lasu koło domu pana Ulricha. Trzymała kość w pysku. Najpierw pomyślałem, że to patyk, rozumie pan, że chce się bawić w aportowanie. Kiedy jednak podeszła bliżej, rozpoznałem kształt. Zabrałem kość – musiałem się niemal bić o nią z Calamity. Później zadzwoniłem po waszych ludzi, ale najpierw przyjrzałem się jej w domu dokładniej, żeby się upewnić.
Po waszych ludzi, pomyślał Bosch. Zawsze brzmiało to tak, jakby policja stanowiła inny gatunek. Niebieskich istot w zbrojach, przez które nie mogły przeniknąć koszmary tego świata.
– Kiedy pan dzwonił, powiedział pan, że kość nosi ślad złamania,
– Owszem. – Guyot znów wziął ostrożnie kość w rękę. Obrócił ją i przesunął palcem po linijnym wybrzuszeniu, przebiegającym wzdłuż jej długiej osi. – To linia złamania, detektywie. Wygojonego.
– Rozumiem.
Bosch wskazał pudełko i lekarz z powrotem schował kość.
