
– Panie doktorze, może pan założyć psu smycz i przejść się ze mną na rondo?
– Nie ma sprawy. Muszę tylko zmienić buty.
– Ja też. Spotkamy się pod domem, dobrze?
– Za chwileczkę.
– Zabiorę już kość.
Bosch nakrył pudło i wziął, uważając, by nie obrócić go na bok ani nim nie wstrząsać.
Po wyjściu zobaczył, że wóz patrolowy wciąż stoi pod domem. Funkcjonariusze siedzieli w środku i przypuszczalnie pisali raporty. Harry podszedł do swojego samochodu i ułożył pudło na przednim siedzeniu po prawej stronie.
Nie był ubrany w garnitur, bo pełnił dyżur pod telefonem. Miał na sobie sportową marynarkę, niebieskie dżinsy i białą koszulę z oksfordzkiego płótna. Zdjął marynarkę, złożył ją podszewką na wierzch i umieścił na tylnym siedzeniu. Zauważył, że kabłąk noszonego na biodrze pistoletu przetarł dziurę w podszewce, chociaż marynarka miała niecały rok. Zapowiadało się, że niebawem dziura sięgnie do kieszeni, a potem przejdzie na wylot. Ubrania Boscha zwykle zdzierały się od środka, nie z zewnątrz.
Zdjął koszulę i został w białym podkoszulku. Otworzył bagażnik i wyjął z kartonu z wyposażeniem do badania miejsc przestępstw parę butów roboczych. Gdy oparł się o tylny zderzak i zaczął zmieniać obuwie, zobaczył, że Brasher wysiada z radiowozu i rusza w jego stronę.
– Wygląda na to, że facet ma rację, tak?
– Chyba tak. Będzie to musiał jednak potwierdzić ktoś z biura patologa.
– Chce pan tam wejść i rozejrzeć się?
– Postaram się, tyle że niedługo będzie już ciemno. Pewnie wrócimy tu jutro.
– Przy okazji, jestem Julia Brasher. Nowa w wydziale.
