
Ale już na długiej drodze dojazdowej na I-70 złapała się na tym, że gwałtownie skręca w prawo zamiast w lewo, w stronę znaku z napisem „Droga lokalna”, na tę dziwną, niewykończoną trasę, którą jej rodzina nazywała autostradą donikąd. Zawsze mieli niezły ubaw, tłumacząc, jak dojechać do ich domu.
– Trzeba jechać międzystanową do samego końca.
– Jak autostrada międzystanową może się kończyć?
I wtedy ojciec triumfalnie opowiadał o protestach, o obywatelach, którzy zjednoczyli się w całym Baltimore, aby ocalić park i dziką przyrodę, a także skromne domki szeregowe, pierścieniem przylegające do zatoki. Stanowiło to jeden z niewielu sukcesów w jego życiu, chociaż był tylko płotką – kolejną osobą, która złożyła podpis pod petycją, maszerowała w demonstracji. Nigdy nie przemawiał na żadnym wiecu, choć bardzo by tego pragnął.
Valiant wydawał straszliwe odgłosy, coś drapało o prawe tylne koło, chyba strzaskany błotnik. Była bardzo zdenerwowana i sensowne wydało się jej zostawienie samochodu. Poszła dalej na piechotę, chociaż właśnie zaczął padać deszcz ze śniegiem, z każdym krokiem uświadamiała sobie, że coś jest z nią nie w porządku. Żebra bardzo bolały. Przy najpłytszym oddechu czuła, jakby ktoś dźgał ją maleńkim nożem, z trudem trzymała torebkę – tak jak zawsze ją uczono – blisko ciała, żeby nie kusić bandytów i złodziei. Jechała bez zapiętych pasów, więc się poobijała, uderzając w kierownicę i drzwi valianta. Na twarzy miała krew, jednak nie była pewna skąd. Z ust? Z czoła? Czuła ciepło, czuła zimno, widziała czarne gwiazdy. Nie, nie gwiazdy. Raczej wirujące trójkąty, które zwisały z drutów niewidzialnych dekoracji.
