
Szła nie dłużej niż dziesięć minut, kiedy obok niej zatrzymał się radiowóz, zamigotał światłami.
– Czy tamten valiant należy do pani? – zawołał policjant przez opuszczoną szybę po stronie pasażera, nie wychylając się z wozu.
Czy jest mój? Pytanie było znacznie trudniejsze, niż młody policjant mógłby sądzić. Mimo to pokiwała głową.
– Ma pani dokumenty?
– Jasne. – Pogrzebała w torebce, ale nie znalazła portfela. Dlaczego… Zaczęła się śmiać, uświadamiając sobie, jak to wszystko doskonale się układało. Oczywiście, że nie miała dokumentów, nie miała żadnej tożsamości, żadnej prawdziwej.
– Przepraszam. Nie, ja… – Nie mogła przestać się śmiać. – Nie ma ich. Wysiadł z radiowozu. Pewnie chciał pomóc jej szukać. Krzyk, jaki z siebie wydała, zaskoczył ją samą bardziej niż mężczyznę. Poczuła straszliwy ból w lewym przedramieniu, kiedy próbował zsunąć torebkę z łokcia. Policjant powiedział coś przez ramię; wezwał wsparcie. Wyjął z torebki kluczyki, ruszył do valianta i pogrzebał w nim trochę, potem wrócił i stanął obok niej, w deszczu ze śniegiem, który wreszcie się na dobre rozpadał. Wymamrotał kilka znajomych uspokajających słów.
– Jest źle? – zapytała.
– To już oceni lekarz. Zawieziemy panią na ostry dyżur.
– Nie, nie o mnie chodzi. Tam.
Daleki terkot helikoptera odpowiedział jej na pytanie. Przepraszam, przepraszam, przepraszam. Ale to przecież nie była jej wina.
– To nie była moja wina, straciłam nad nim panowanie, ale naprawdę nic nie zrobiłam…
– Przeczytam pani prawa – oznajmił. – To, co pani od teraz powie, ma znaczenie. Opuściła pani miejsce wypadku.
– Szłam po pomoc.
– Ta droga jest ślepa, kończy się parkingiem. Jeśli naprawdę chciała pani im pomóc, powinna pani zjechać na bok albo pojechać zjazdem awaryjnym, na Security Boulevard.
– W Forest Park i Windsor Mills jest stara apteka Windsor Hill. Myślałam, że stamtąd zadzwonię.
