
Czy chodzi tylko o to, że Rob, jak wielu dziewiętnastolatków, nie potrafi się uporać ze śmiercią młodej osoby? Czy w jakiś sposób zdał sobie sprawę z własnej śmiertelności?
Linda powoli weszła po schodach, przytłoczona nagle poczuciem nadciągającej katastrofy. Przeprowadzili się ze Wschodniej Siedemdziesiątej na Manhattanie do tego osiemnastowiecznego domu przed sześcioma laty, kiedy Rob pojechał do szkoły z internatem. Wtedy już wiedzieli, że chcą zamieszkać na stałe w miasteczku, gdzie tradycyjnie spędzali wakacje w domu matki Vince’a. Vince oznajmił, iż są tu ogromne możliwości zarabiania pieniędzy, i zaczął inwestować w nieruchomości.
Dom, ze swoją ponadczasową atmosferą, był dla niej stałym źródłem cichej przyjemności, ale dzisiaj Linda się nie zatrzymała, by pogładzić wypolerowane drewno poręczy lub nacieszyć oczy widokiem doliny z okna u szczytu schodów.
Skierowała się prosto do pokoju Roba. Drzwi były zamknięte. Wyszedł przed godziną i mógł wrócić w każdej chwili. Niepewnie otworzyła drzwi i weszła do środka. Łóżko było nieposłane, poza tym jednak w pokoju panował niezwykły porządek. Rob przywiązywał wielką wagę do stroju, czasem nawet prasował świeżo uprane spodnie, aby utrwalić kanty, ale zupełnie nie dbał o zdjętą garderobę. Linda spodziewała się zobaczyć rzeczy, które miał na sobie w czwartek i wczoraj, rozrzucone po podłodze i czekające na powrót Rosity.
Szybko przeszła przez pokój i zajrzała do kosza w łazience. Również był pusty.
Gdzieś pomiędzy czwartkiem rano, kiedy wyjechała Rosita, a dzisiejszym rankiem Rob uprał i wysuszył ubranie, które nosił w czwartek i wczoraj. Dlaczego?
Linda chętnie przeszukałaby szafy syna, lecz nie chciała, żeby ją przy tym zastał. Nie była gotowa do konfrontacji. Opuściła pokój, nie zapominając o zamknięciu drzwi, ruszyła w głąb korytarza i skręciła do głównego apartamentu, który ona i Vince dobudowali, kiedy powiększyli dom.
