
Ta kobieta była nieco młodsza, mogła mieć około trzydziestu pięciu lat. Nie była ładna, ale jej włosy nadal układały się w eleganckie fale.
Nikt nie powiedział ani słowa. Oczy wszystkich kierowały się tylko powoli ku dwóm ostatnim czworokątom odznaczającym się na trawie.
– Nie – orzekł Brand. – Trzeba coś zostawić wójtowi.
Przybyli już ludzie z Grastensholm. A na górze, na skraju lasu, ćwierć mili stąd, ci, którzy stali wysoko na kamieniach, mogli dostrzec samotną postać kobiety. Tkwiła nieruchomo, ze zdziwieniem wpatrując się w zgromadzenie.
Hycla nie było nigdzie widać.
– Ściemnia się – zauważył Are, spoglądając w niebo.
– O tej porze roku nie będzie bardzo ciemno – burknął jeden z mężczyzn.
– Nie, ale jest pochmurno. Będzie ciemniej niż zwykle.
Wójt i pastor przybyli niemal równocześnie. Ciężko oddychali, wspinając się pod górę. Za nimi, w niedużych grupkach, podążali ludzie ze wsi.
– No i co tu się dzieje? – zapytał niezadowolony wójt. Był Niemcem jak większość wójtów i źle mówił po norwesku. Natura hojnie obdarzyła go wzrostem i tuszą, ale poskąpiła rozumu. Sprawiał zdecydowanie niesympatyczne wrażenie, miał małe świńskie oczka i wielkie, obwisłe wargi. Wydawało się, że od innych ludzi spodziewa się tylko nienawiści, i odwzajemniał się tym samym. Mówiono, że jego największą namiętnością są pieniądze. Bogactwo i władza. Nie miał więc szczególnie oryginalnych zainteresowań.
Andreas wyjaśnił, co zaszło. Wójt miał minę, jakby chciał powiedzieć, że niczego innego nie można spodziewać się po norweskich chłopach. Pastor wzdychał i najwyraźniej był głęboko poruszony wydarzeniami.
– Czy zechcecie odmówić modlitwę za dusze zmarłych, a tym samym oczyścić okolicę i odegnać błąkające się duchy, panie pastorze? – zapytał Brand.
– Nie wiemy przecież jeszcze, kim były te kobiety. Nie mogę odprawiać modłów za dusze zatwardziałych grzeszników – zaprotestował duchowny.
