
Po drugiej stronie znów odezwała się Wendy: – Jesteś tam jeszcze? Przepraszam. Robimy obsadę do filmu o trzęsieniu ziemi i dzwoni mnóstwo ludzi naraz. – Wendy prowadziła własną agencję, zajmującą się łowieniem statystów, którzy mieli nadawać filmom lokalny koloryt San Francisco – wąsatych policjantów, wysokich jak koszykarze transwestytów i innych postaci, które nie miały pojęcia, że wyglądają niczym własne karykatury. – Na dodatek parszywie się czuję – powiedziała Wendy, po czym kichnęła i znów wydmuchała nos. A więc nie płacze, pomyślała Ruth, ale chwilę później usłyszała w słuchawce dwa suche trzaski. – Cholera – odezwała się Wendy. – Zaczekaj. Szybko załatwię ten telefon.
Ruth nie lubiła czekać na linii. Cóż to mogła być za nie – cierpiąca zwłoki sprawa, o której Wendy musiała jej powiedzieć tak wcześnie? Czyżby jej mąż miał romans? Joe? Nie, na pewno nie poczciwy Joe. A więc o co chodzi?
W drzwiach ukazała się głowa Arta, który wymownie postukał w zegarek. “Dwadzieścia pięć po siódmej" – powiedział bezgłośnie. Ruth miała go właśnie poinformować, że dzwoni Wendy w bardzo pilnej sprawie, lecz on już zawrócił wąskim korytarzem.
– Dory! Fia! Szybko. Za pięć minut Ruth zabiera was na lodowisko. Ruszać się z życiem. – Dziewczynki zaczęły piszczeć, Ruth natomiast poczuła się jak koń przed barierą startową.
– Za moment przyjdę! – zawołała. – Dziewczynki, jeżeli nie zdążyłyście zjeść śniadania, wypijcie po całej szklance mleka, żebyście nie umarły na szok hipoglikemiczny.
– Nie mów “umarły" – jęknęła Dory. – Nie cierpię, kiedy tak mówisz.
– Boże, co tam się dzieje? – odezwał się ponownie głos Wendy w słuchawce.
– Normalny początek tygodnia – odparła Ruth. – Pokutą za odrobinę wolnego jest chaos.
