
– Zgadza się, kto to powiedział?
– Ja. No więc o czym wcześniej mówiłaś?
– Najpierw mi obiecaj, że nikomu nie powiesz. – Wendy znów kichnęła.
– Oczywiście.
– Nawet Artowi, a zwłaszcza pannie Giddy.
– Gideonowi? Boże, nie wiem, czy mogę obiecać, jeśli chodzi o niego.
– A więc wczoraj wieczorem – zaczęła Wendy – zadzwoniła do mnie matka, bardzo rozentuzjazmowana. – Słuchając Wendy, Ruth pobiegła do sypialni, by dokończyć ubierania. Kiedy się nie śpieszyła, zawsze chętnie słuchała paplaniny przyjaciółki. Wendy była jak różdżka zdolna wykryć dziwne zaburzenia w ziemskiej atmosferze. Była świadkiem dziwnych widoków: kiedyś ujrzała trzech bezdomnych albinosów, mieszkających w parku Golden Gate, bmw, które nagle wpadło do szamba w Woodside, bizona swobodnie galopującego po Taraval Street. Była ekspertem od organizowania przyjęć, po których ludzie urządzali sobie nawzajem sceny, zaczynali romansować lub wdawali się w rozliczne skandale. Ruth wydawało się, że Wendy rozpromienia trochę jej życie, ale dziś nie miała na to czasu.
– Ruth! – powiedział ostrzegawczym tonem Art. – Dziewczynki się spóźnią.
– Naprawdę mi przykro, Wendy. Muszę zawieźć dziewczynki do szkółki łyżwiarskiej… Wendy nie pozwoliła jej skończyć.
– Mamusia wyszła za własnego trenera! Zadzwoniła, żeby mi o tym powiedzieć. On ma trzydzieści osiem lat, ona sześćdziesiąt cztery. Możesz w to uwierzyć?
– Rany. – Ruth zdębiała. Wyobraziła sobie panią Scott z jej oblubieńcem ubranym w muszkę i spodenki gimnastyczne, jak oboje recytują przysięgę małżeńską, nie przerywając ćwiczeń na bieżni treningowej. Czy Wendy denerwowała się właśnie tym? Ruth chciała powiedzieć to, co należało. Tylko co? Pięć lat temu jej własna matka też znalazła sobie równie udanego chłopaka, ale tamten miał osiemdziesiątkę. Ruth miała nadzieję, że T.C. ożeni się z LuLing, która będzie miała dzięki temu coś do roboty, ale T.C. zmarł na atak serca.
