
Myślenie pozytywne było główną regułą ich kodeksu, co oznaczało, że nie dyskutowali na temat świata, narodu, stanu ani miasta. To było zbyt przygnębiające, przynajmniej dopóki nie minie się kamienia milowego na długiej drodze do Światowej Równowagi Ludzkiej Populacji.
Wszyscy jedli z apetytem, jako że potrawy sprawiały przyjemność zarówno oczom, jak i podniebieniu. Mama była mistrzynią kuchni, a jej małe stadko rozkoszowało się tymi finezyjnymi przysmakami.
Największym wyzwaniem był dla niej Joshua, wciąż zdradzający niepokojącą tendencję do lekceważenia potrzeb, mający w pogardzie wygody i folgowanie zmysłom.
Kawę i koniak podano w salonie – wielkim pomieszczeniu, połączonym z jadalnią szerokim, pięknym korytarzem. Właśnie tam, siedząc przy okrągłym, lakierowanym stoliku do kawy doceniało się cały urok parteru w numerze 1047.
Ściany były atłasowo białe, a po otworach okiennych nie pozostał nawet ślad, z wyjątkiem cieniutkiej ciemnej linii na obrzeżu płyt okładzinowych, zakrywających przemyślnie okna niczym klapy włazu.
Futryny całkowicie usunięto, podłogę pokryto białym tworzywem, wyłożonym w miejscach przeznaczonych do siedzenia białymi dywanami z syntetycznej owczej skóry. Wszyscy uważali, że prawdziwe byłyby o wiele bardziej przyjemne, ale przy tej ilości wody, którą rozlewali każdej niedzieli, naturalna skóra po prostu zgniłaby. Bladoróżowe i seledynowe obicia krzeseł odbijały się w lakierowanych blatach stołów.
A dookoła stały rośliny – doniczki, skrzynki i koszyki pełne bujnych, zdrowych, przeważnie zielonych roślin, choć trafiały się również czerwone, różowe i fioletowe.
