
W lecie rozkwitał hibiskus i tak trwał przez całą jesień aż do wczesnej zimy, wspomagany przez miedzianoróżową bouganvilleę, bujnie pokrywającą kratę na ścianie salonu. W zimie kwitnienie ustawało, ale liście były nadal błyszczące i zielone pomiędzy bardziej kolorowymi liśćmi nie kwitnących roślin.
Powietrze zawsze pachniało tu słodko. Rośliny dr. Christiana żyły w symbiozie z ludźmi – oddychały dwutlenkiem węgla, ludzie zaś tlenem. Na parterze zawsze było o parę stopni więcej niż w sypialniach na wyższych piętrach, ponieważ ciepło wydzielały rośliny i pozornie zimne światło, którego nigdy nie wyłączano. Na parter szedł prawie cały cenny przydział elektryczności i dosłownie cała racja gazu do ogrzewania, oszczędzana na czasy, kiedy będzie tak zimno, że tylko energia promienista zdoła utrzymać rośliny przy życiu. Rodzina spędzała na parterze wolny czas; na dwóch wyższych piętrach były wyłącznie sypialnie.
Każdą niedzielę klan Christianów poświęcał roślinom – podlewaniu, nawożeniu, myciu, usuwaniu zeschłych liści i łodyg, wyrywaniu chwastów i eliminowaniu szkodników. Wszyscy uwielbiali to zwolnione odświętne tempo. Nikt nie uważał tego za uciążliwy obowiązek, bo nagrodą była wspaniała oranżeria. W niedziele przenosili również do numeru 1047 rośliny, które tydzień stały w klinice, a inne wymieniali na ich miejsce.
