
Przez większą cześć dnia podążaliśmy drogą na północ. Często zatrzymywano nas i wypytywano, ale jeszcze częściej to my zatrzymywaliśmy innych i zadawaliśmy im pytania. Na użytek ciekawskich tworzyłem stopniowo coraz bardziej skomplikowaną historię, nie mającą nic wspólnego z rzeczywistością: Jestem liktorem podległym pewnemu sędziemu należącemu do świty Autarchy, a kiedy spotkaliśmy na drodze tego żołnierza, mój pan polecił mi, abym dopilnował, żeby otoczono go troskliwą opieką. Żołnierz nie mówi, w związku z czym nie wiem, do jakiego oddziału należy. Przynajmniej to było zgodne z prawdą.
Droga w wielu miejscach krzyżowała się z innymi traktami, a my czasem skręcaliśmy w niektóre z nich. Dwa razy natrafiliśmy na ogromne obozy, prawdziwe namiotowe miasteczka, w których mieszkały dziesiątki tysięcy żołnierzy. Ci, którzy zajmowali się rannymi, powiedzieli mi, że chętnie opatrzyliby rany żołnierza, gdyby krwawił, ale biorąc pod uwagę stan, w jakim obecnie się znajduje, nie mogą wziąć za niego odpowiedzialności. Ponieważ zbliżała się noc, w drugim obozie nie pytałem już o miejsce pobytu Peleryn, tylko poprosiłem, aby skierowano nas gdzieś, gdzie moglibyśmy znaleźć schronienie.
