
— Trzy mile stąd jest lazaret, w którym powinni was przyjąć. — Sądząc po spojrzeniu mego rozmówcy musiałem chyba budzić swym wyglądem taką samą litość jak żołnierz, który stal bez słowa, sprawiając wrażenie zupełnie oszołomionego. — Idźcie na zachód i północ, aż zobaczycie po prawej stronie drogę prowadzącą między dwoma wielkimi drzewami. Jest mniej więcej o połowę węższa od tej, którą szliście do tej pory. Skręćcie w nią. Masz broń?
Potrząsnąłem głową, gdyż już dość dawno wsunąłem żołnierzowi sztylet za pas.
— Musiałem zostawić miecz sługom mojego pana, bo nie dałbym rady nieść go i jednocześnie prowadzić tego człowieka.
— W takim razie strzeżcie się dzikich zwierząt. Byłoby dobrze, gdybyś miał coś, co strzela, ale ja nie mogę dać ci nic takiego.
Odwróciłem się, by odejść, on jednak położył mi rękę na ramieniu.
— Zostaw go, jeśli was zaatakują — poradził. — A jeżeli będziesz musiał to uczynić, nie rób sobie z tego powodu zbyt wielkich wyrzutów. Widziałem już sporo podobnych przypadków i jestem pewien, że twój towarzysz nie wydobrzeje.
— On już wydobrzał — odparłem.
Choć mój rozmówca nie pozwolił nam zostać na noc ani nie użyczył nam broni, to jednak dał nam trochę żywności, w związku z czym wyruszając w drogę po raz pierwszy od dłuższego czasu czułem się nieco podniesiony na duchu. Znajdowaliśmy się w dolinie, a wzgórza po jej zachodniej stronie już ponad wachtę temu wspięły się tak wysoko ku mroczniejącemu niebu, że zasłoniły tarcze słońca. W pewnej chwili przekonałem się, iż nie muszę już podtrzymywać żołnierza; kiedy cofnąłem rękę, okazało się, że maszeruje obok mnie bez widocznego wysiłku. Co prawda jego twarz nie przypominała twarzy Jonasa, która była pociągła i szczupła, ale kiedy w pewnej chwili zerknąłem na niego z ukosa, dostrzegłem tak wielkie podobieństwo do mego przyjaciela, iż poczułem się tak, jakbym zobaczył ducha.
