Bzyczenie ucichło, by zaraz rozlec się ponownie. Odniosłem wrażenie, iż słyszę je wyraźniej niż do tej pory, ale może stało się tak jedynie dlatego, że nieco ucichło łomotanie w moich uszach. Rozejrzawszy się od niechcenia, bez trudu dostrzegłem muchę, która przemknęła przez kolumnę słonecznego blasku zaledwie kilka kroków ode mnie, a następnie usiadła na brązowym przedmiocie wystającym zza jednego z drzew.

Był to but.

Nie miałem przy sobie żadnej broni. W normalnych okolicznościach nie czułbym obawy przed konfrontacją z samotnym przeciwnikiem, nawet gdybym musiał walczyć gołymi rękami, a już na pewno w miejscu takim jak to, gdzie niemożliwe było wzięcie porządnego zamachu mieczem; zdawałem sobie jednak sprawę, że straciłem sporo sił, oraz zdążyłem się przekonać, iż post w istotny sposób zmniejsza odwagę poszczącego — pożera jej część, uszczuplając zasoby, z których można korzystać w istotnej potrzebie.

Mimo to ostrożnie ruszyłem przed siebie, starając się nie czynić żadnego hałasu, aż wreszcie go zobaczyłem: leżał bezwładnie, z jedną nogą wyprostowaną, a drugą podwiniętą pod siebie. Koło jego prawej ręki spoczywał bułat z rzemienną pętlą wciąż jeszcze zaciśniętą na przegubie, prosty hełm zaś zsunął się z głowy i potoczył kilka kroków po ziemi. Mucha wędrowała po bucie, aż dotarła do odsłoniętego ciała tuż poniżej kolana, po czym znowu zerwała się do lotu, wydając odgłos jak miniaturowa piła.

Naturalnie od razu domyśliłem się, że jest martwy, i wraz z ulgą ponownie spłynęło na mnie poczucie osamotnienia, choć nawet nie zauważyłem, kiedy mnie opuściło. Chwyciłem go za ramię i przewróciłem na bok. Ciało nie zdążyło jeszcze napuchnąć, ale poczułem wyraźną woń śmierci. Rysy twarzy złagodniały, jakby była maską położoną zbyt blisko ogniska; nie sposób było stwierdzić, z jakim wyrazem twarzy umarł. Nie ulegało wątpliwości tylko to, że był młody i jasnowłosy. Obejrzałem ciało w poszukiwaniu ran, lecz żadnej nie znalazłem.



6 из 302