Indra, która powinna była spać, by nabrać sił przed odjazdem, leżała rozbudzona, wsłuchiwała się w ciszę spowijającą Królestwo Światła oraz w żałosne, często jednak nienawistne, śmiertelne wrzaski z zewnątrz i z wolna poddawała się miażdżącemu przerażeniu.

Zasnęła dopiero, kiedy dzień się już zbliżał i pojawiło się znowu światło mniej więcej tak, jak na powierzchni Ziemi o świcie.

Nigdy przedtem nie zdarzyło się, by Święte Słońce samo z siebie stłumiło blask.


Rynek w mieście Saga wprost kipiał życiem, zewsząd rozlegały się ogłuszające hałasy. Dwa ogromne Juggernauty wjechały na środek, przesłaniając widok, a w dodatku czyniły okropny zgiełk, kiedy Madragowie ustawiali je jeden za drugim. Pojazdy były gotowe do drogi, wyposażone dużo bardziej komfortowo niż wtedy, kiedy członkowie ekspedycji pośpiesznie wyruszali do Ciemności, by uratować jelenie olbrzymie.

Przeżyli wtedy pełną niebezpieczeństw podróż. Mimo wszystko jednak w porównaniu z obecną wielką wyprawą była to raczej niedzielna wycieczka za miasto. Wtedy bowiem oddalili się jedynie kawałek od murów otaczających Królestwo Światła.

Tym razem zamierzali się wyprawić znacznie dalej. Mieli podróżować przez dzikie, nieznane okolice do śmiertelnie niebezpiecznego górskiego masywu.

Indra stała razem z Siską i przyglądała się grupie wybranych, a przynajmniej tej jej części, której nie zasłoniły Juggernauty. Siska również należała do wybranych. Indra, niestety, nie, ale ubłagała, by pozwolono jej pojechać. Wiedziała bowiem, że niewielkie są szanse na to, by uczestnicy ekspedycji kiedykolwiek powrócili do domu. Nie chciała zaś w ten sposób utracić Rama ani innych przyjaciół. Jeśli mają umrzeć, pragnęła być z nimi, a nie siedzieć w domu i tęsknić przez całe życie, zastanawiając się, czy przypadkiem wkrótce się nie odnajdą.



5 из 174