
Kapitan dobrze pamiętał rzemieślnika, który stworzył dla niego maleńki amulet. Pirat siedział przez długie godziny w pracowni mężczyzny, oblewało go chłodne światło poranka, podczas gdy artysta pracowicie obrabiał twarde jak żelazo drewno, starając się odzwierciedlić rysy swego modela. Nie rozmawiali. Artysta mówić nie mógł, kapitan nie miał ochoty. Dla koncentracji rzeźbiarz potrzebował absolutnej ciszy, ponieważ pracował nie tylko nad drewnem, ale powoływał też do życia czary, które nakazywały talizmanowi chronić właściciela przed urokami. Zresztą Kennit i tak nie miał mężczyźnie nic do powiedzenia. Zapłacił mu olbrzymią zaliczkę kilka miesięcy wcześniej, potem czekał, aż artysta przyśle mu posłańca z informacją, że zdobył nieco drogocennego i zazdrośnie strzeżonego drewna. Początkowo kapitan niemal się obraził, ponieważ artysta ciągle żądał więcej pieniędzy, zanim będzie mógł zacząć rzeźbienie i czary, potem tylko uśmiechał się swoim nieznacznym sardonicznym uśmieszkiem i kładł na wadze monety, klejnoty, srebrne i złote łańcuchy, aż artysta skinął głową, zgadzając się na cenę. Jak wielu nielegalnych handlarzy z Miasta Wolnego Handlu, rzemieślnik już dawno temu usunął sobie język, gwarantując tym samym utrzymanie w tajemnicy nazwisk swoich klientów. Mimo iż Kennit nie był przekonany co do skuteczności takiego okaleczenia, doceniał poświęcenie mężczyzny. Kiedy artysta skończył pracę i osobiście przymocował ozdobę do nadgarstka kapitana, przez chwilę chciwie dotykał swego dzieła koniuszkami palców i kiwał głową, całkowicie usatysfakcjonowany swoją zręcznością.
A później Kennit go zabił. To była jedyna sensowna decyzja, a pirat był człowiekiem niezwykle praktycznym. Odebrał też przy okazji dodatkową zapłatę, jakiej w ostatniej chwili zażądał artysta.
