
Szedł przed siebie wielkimi krokami. Nad głową świeciło słońce, w oczy wiał wiatr, wytworne buty pirata pozostawiały na mokrym piasku wyraźne ślady. Co jakiś czas Kennit podnosił wzrok i jakby od niechcenia, ale w gruncie rzeczy badawczo obserwował całą plażę. Na jego twarzy nie było widać ani śladu emocji i oczekiwań związanych z poszukiwaniem. W pewnej chwili, gdy spojrzał na piasek, zauważył maleńkie cedrowe pudełko. Drewno wygięło się od słonej wody, więc aby otworzyć szkatułkę, kapitan musiał uderzać nią o skałę niczym orzechem. Wewnątrz znajdowały się paznokcie. Ukształtowano je z kosztownej masy perłowej. Niewielkimi szczypczykami można by je umieścić na naturalnych paznokciach. W koniuszku każdego perłowego przedmiociku Kennit dostrzegł maleńki otwór, prawdopodobnie na truciznę. Paznokci było dwanaście. Pirat włożył je do drugiej kieszeni. Kiedy szedł, grzechotały i klekotały, obijając się o siebie.
Zupełnie nie przejmował się faktem, że owe znaleziska z pewnością nie zostały wykonane przez człowieka ani też zaprojektowane dla ludzkiego użytku.
