
Po chwili dostrzegł najbardziej niepokojące z dotychczasowych znalezisk. Była to na wpół zagrzebana w mokrym piasku sakwa, zszyta z kawałków czerwonej i niebieskiej skóry. Skóra była mocna, a sakwa wyglądała solidnie. Morska woda rozmoczyła ją i poplamiła, w niektórych miejscach kolory się rozmyły. Sól spowodowała blokadę mosiężnych sprzączek, służących jako zamknięcie sakwy i usztywniła skórzane rzemienie. Kennit nożem rozciął szew. Wewnątrz znajdował się miot kociąt, o idealnych kształtach, z długimi pazurami i opalizującymi łatkami za uszami. Było ich sześć, wszystkie martwe. Tłumiąc niesmak, podniósł najmniejszego. Odwrócił w rękach pozbawione życia ciałko. Zwierzątko miało niebieskie futerko, w odcieniu głębokiego barwinkowego błękitu, oraz oczka o różowych powiekach. Było maleńkie. Bardzo maleńkie. A także rozmokłe, zimne i odrażające. Jedno mokre ucho stworzonka zdobił rubinowy kolczyk, który wyglądał jak tłusty kleszcz. Kennit miał ochotę po prostu wyrzucić zwłoki. Śmieszne! Wyszarpnął z ucha kolczyk i wrzucił go do kieszeni. Jednak pod wpływem jakiegoś zupełnie niepojętego impulsu włożył małe niebieskie ciałka do sakwy, zostawił ją na brzegu, po czym ruszył w dalszą drogę.
