
– Wintrowie – powtórzył szeptem kapłan. Wyciągnął rękę i przesunął palcem po maleńkim smoku, który patrzył z górnych gałęzi drzewa, potem dotknął lśniącej krzywizny ciała węża, ukrytego w poskręcanych korzeniach. Wreszcie otoczył ręką ramiona chłopca i odwrócił go łagodnie od stolika. Podczas gdy wychodzili z pracowni, upomniał go cicho: – Jesteś jeszcze zbyt młody, aby utrzymywać się w takim stanie przez cały ranek. Musisz znaleźć czas dla wielu innych zajęć.
Wintrow podniósł ręce i przetarł oczy, w których nagle poczuł ogromne zmęczenie.
– Spędziłem tu cały ranek? – spytał oszołomiony. – Nie miałem o tym pojęcia, Berandolu.
– Wierzę ci. Jestem wszakże pewien, że zaraz ogarnie cię znużenie. W życiu niezwykle ważna jest skrupulatność, Wintrowie. Jutro poproś stróża, aby przerwał ci w środku poranka. Taki talent jak twój jest zbyt cenny. Nie pozwolimy, byś się wypalił.
– Teraz naprawdę odczuwam ból – przyznał chłopiec. Przesunął ręką po czole, odrzucił z oczu ładne czarne włosy i uśmiechnął się. – Ale drzewo było tego warte, Berandolu.
Kapłan z namysłem pokiwał głową.
– Tak, nawet w wielu znaczeniach tego słowa. Sprzedaż takiego okna przyniesie nam dużo pieniędzy. Wystarczy na naprawę dachu nad salą nowicjuszy. O ile tylko Matka Dellity zezwoli, by klasztor rozstał się z tak piękną rzeczą. – Berandol zawahał się na moment, a potem dodał: – Widzę, że znowu się ukazały. Smok i wąż. Wciąż jeszcze nie masz pomysłu… – urwał pytająco w pół zdania.
– Nawet nie pamiętam, skąd się tam wzięły – szepnął Wintrow.. – Ach tak. – W głosie kapłana nie było ani śladu osądu. Tylko cierpliwość.
Przez jakiś czas szli w przyjaznym milczeniu przez zimne kamienne korytarze klasztoru. Wintrow powoli się uspokajał, aż w końcu emocje opadły i jego zmysły powróciły do normalnego stanu. Nie potrafił już smakować zapachów soli uwięzionych w kamiennych ścianach ani słyszeć mikroskopijnych ruchów wykonywanych przez starożytne kamienne kloce.
