
Wtem usłyszał za sobą cichy chrzęst kroków Gankisa, idącego po piasku. Przez chwilę koncentracja Innego słabła. Płaskie oczka nie obserwowały już kapitana i w tym momencie czary przestały działać. Kennit niemalże przestraszył się tej zmiany, po czym skrzyżował ramiona na piersi, dla bezpieczeństwa przyciskając do ciała czarodrzewowy talizman. Żywa czy nie, rzeźbiona twarz na pewno potrafiła powstrzymać działanie uroków stworzenia. Teraz, gdy młody pirat zdał sobie sprawę z celów Innego, zamierzał z całych sił bronić się przed wszelką manipulacją. Dlatego też, nawet gdy wzrok bestii ponownie zwarł się z jego spojrzeniem, kapitan nadal widział osobnika z Innego Ludu takim, jakim byt: zimnym, łuskowatym stworem z głębin. Najwyraźniej bestia straciła władzę nad swym młodym gościem, ponieważ gdy nabrała powietrza w torebki policzkowe, a następnie wysapała stek słów, Kennit wyczuł w nich sarkazm.
– Witaj, pielgrzymie. Jak widzę, morze nieźle nagrodziło twoje poszukiwania. Czy z dobrej woli ofiarujesz mi te skarby i wysłuchasz związanej z ich znaczeniem wyroczni?
Głos stwora skrzypiał jak nienaoliwione zawiasy. Inny charczał i osobliwie wykrztuszał kolejne słowa. Kennit zrozumiał, jak wiele wysiłku musiała stworzenie kosztować nauka wypowiadania ludzkich słów i w pierwszej chwili popatrzył na nie z podziwem, później wszakże odsunął te myśli, uznając je za narzucony mu akt służalczości i skupił się na samym stworze.
