
Ostatnie słowa wróżby bynajmniej nie zaniepokoiły Kennita.
– Złotem kupiłem sobie prawo do zadania jednego pytania, prawda? – zapytał śmiało.
Inny otworzył szeroko usta, chociaż nie wyglądał na zdziwionego. Kapitan pomyślał, że może jest to swego rodzaju groźba. Zęby stworzenia naprawdę zrobiły na nim wrażenie. Wtedy bestia zamknęła pysk. Nagle cienkie wargi ledwie się poruszyły, kiedy wyrzucała z siebie odpowiedź.
– Tak.
– Czy spełnią się moje ambicje?
Torebki powietrzne Innego intensywnie pulsowały.
– Zechcesz sprecyzować swoje pytanie?
– Ty wróżysz, nie ja – odrzekł lekko Kennit.
Stwór spojrzał ponownie na szereg skarbów: różę, filiżanki, paznokcie, figurki w szklanej kuli, pióro, kryształowe kulki.
– Odniesiesz sukces w upragnionej dziedzinie – odparł zwięźle. Twarz Kennita zaczął rozjaśniać uśmiech, ale szybko zniknął, ponieważ bestia kontynuowała wypowiedź coraz bardziej złowieszczym tonem: – Dokonasz tego, czego najbardziej pragniesz. To zadanie, ten wyczyn, to dzieło, które nawiedza twoje sny, zakwitnie ci w rękach.
– Wystarczy – warknął Kennit; nagle zaczął się spieszyć. Odrzucił myśl, by poprosić o audiencję u bogini Innego Ludu. Pragnął tylko wróżby. Pochylił się, by podnieść z piasku swoje znaleziska, ale stworzenie znienacka rozłożyło długopalce płetwiaste ręce i zagarnęło skarby. Na koniuszku każdego palca pojawiła się kropla zielonego jadu.
– Skarby oczywiście pozostają na Plaży Skarbów. Dopilnuję, by wróciły tam, gdzie ich miejsce.
– No cóż, dziękuję ci – stwierdził Kennit pozornie szczerze. Wyprostował się powoli, lecz kiedy stworzenie rozluźniło ręce, szybko zrobił krok do przodu i uderzył stopą w kulę z figurkami. Rozległo się brzdęknięcie pękającego szkła. Gankis krzyknął tak przeraźliwie, jak gdyby kapitan zabił mu pierworodnego syna, i nawet Inny cofnął się na widok aktu bezsensownego niszczycielstwa. – Szkoda jej – mruknął Kennit, odwracając się. – Ale skoro ja nie mogę jej posiadać, nie będzie należała do nikogo innego.
