– Gankisie! – wykrzyknął przerażony Kennit. Zaklął, ale zaczął biec. Nonsensem było szukać starego marynarza. Będzie musiał go tu zostawić. Na dodatek dał mu złoty medalion! Co za głupiec! Jak mógł tak łatwo dać się omamić Innemu Ludowi i jego magii. No cóż, stracił świadka i pamiątkę, którą zamierzał zabrać ze sobą, ale nie może sobie przecież pozwolić na utratę statku… i życia. Długonogi pirat wielkimi krokami popędził krętą ścieżką w dół. Złote światło słoneczne, które wcześniej wydawało mu się takie wzruszające, teraz kojarzyło się tylko z bardzo gorącym popołudniem; zabierało Kennitowi powietrze i utrudniało mu oddychanie.

Rzedniejące drzewa oznaczały, że kapitan znajduje się bardzo blisko zatoczki. W kilka chwil później usłyszał na ścieżce za sobą tupot stóp Gankisa. Poczuł wstrząs, gdy stary marynarz bez wahania go wyminął. Kennit jedynie na moment dostrzegł pooraną zmarszczkami twarz, wykrzywioną w panicznym strachu, po czym zobaczył drobiny żużlu wyskakujące spod zniszczonych butów pędzącego przed nim starca. Mimo iż kapitan dotąd sądził, że nie potrafi biec już szybciej, przyspieszył, pędem opuszczając osłonę drzew. W końcu znalazł się na plaży.

Usłyszał, jak Gankis krzyczy do chłopca pokładowego, by zatrzymał gig. Chłopak najwyraźniej nie zamierzał już dłużej czekać na powrót kapitana, ponieważ zaczął spychać łódkę z pasa wodorostów i pokrytych pąklami skał na umykające fale odpływu. Na widok pojawiających się na plaży Kennita i Gankisa z zakotwiczonego statku rozległy się krzyki. Stojący na rufie marynarz machał do nich szaleńczo, zalecając pośpiech. “Marietcie” groziło poważne niebezpieczeństwo. Odpływ sprawił, że prawie znalazła się na płyciźnie. Marynarze uwijali się przy kołowrocie kotwicy. Kapitan zauważył, że podniesiona przez fale “Marietta” przechyla się nieco na bok, a potem zsuwa się z wierzchołka nagle odsłoniętej skały. Na chwilę serce zamarło mu w piersi. Poza samym sobą, najbardziej ze wszystkiego na świecie kochał swój statek.



38 из 391