
Althea nic nie odpowiedziała, lecz nie odwróciła też wzroku. Patrzyła szwagrowi w twarz i starała się, by jej oczy niczego nie wyrażały. Rumieniec rozciągnął się na czoło mężczyzny. Kyle zaczerpnął oddechu i'odzyskał panowanie nad sobą. Patrzył jej prosto w oczy.
– A za kogo ty się uważasz, Altheo?
Nie oczekiwała takiego pytania. Oskarżenia i upomnienia potrafiła znosić w milczeniu, ale stawiając pytanie, mężczyzna jawnie żądał odpowiedzi. Było to otwarte wyzwanie. Dziewczyna podjęła je.
– Jestem właścicielką statku – oświadczyła z całą godnością, na jaką potrafiła się zdobyć.
– Zła odpowiedź! – Tym razem Kyle naprawdę krzyczał. Jednak szybko się opanował. Pochylił się nad stołem i prawie pluł słowami w Altheę. – Jesteś tylko córką właściciela. A nawet gdybyś była właścicielką, fakt ten niczego by nie zmieniał. To nie właściciel dowodzi statkiem, lecz kapitan. Nie jesteś kapitanem ani oficerem. Nie jesteś nawet prawdziwym marynarzem. Zajmujesz należną drugiemu oficerowi luksusową kabinę i wykonujesz tylko te prace, które masz ochotę wykonywać. Właścicielem tego statku jest Ephron Vestrit, twój ojciec. A on przekazał “Vivacię” pod moje rozkazy. Jeśli nie potrafisz uszanować mnie jako kapitana, w takim razie uszanuj wybór twojego ojca.
