
Kirsty zastanawiała się z goryczą, dlaczego tak łatwo przychodziło im myśleć o niej same najgorsze rzeczy. Nie umiała spojrzeć na siebie ich oczyma. Obca jej była ta aura zmysłowego magnetyzmu, która przylgnęła do niej jak duszny zapach perfum. Gdy patrzyła na siebie w lustrze, wcale nie myślała, jak oni, że jej ciało jest niczym wygasły wulkan, który w każdej chwili może ponownie wybuchnąć. Nie miała też pojęcia o tym, że każdy mężczyzna, który ją zobaczył, czul, że gotów byłby zabić, byle tylko ją posiąść, ani o tym, że kobiety wy czytywały te myśli z oczu swych mężów i bały się. O siebie i o nich.
Czuła się coraz bardziej odrzucona i wyobcowana. Zaczęła kupować rzeczy w wielkich ilościach, tak by nie musieć zbyt często robić zakupów w miasteczku. Czasami przez cały miesiąc nie otwierała do nikogo ust i nawet jej to teraz odpowiadało. Jeżeli rzeczywiście spoczywała na niej jakaś klątwa, przez którą straciło życie dwóch pragnących jej mężczyzn, to mogła przynajmniej ukryć ją z dala od świata i nie wyrządzać już nikomu krzywdy. Była samotna, lecz pogodzona z losem.
W miarę jak topniały jej fundusze, ociągała się z płaceniem rachunków za telefon, aż wreszcie linia została odcięta. Wprawdzie po jakimś czasie Kirsty zapłaciła, ale połączenia nigdy nie przywrócono. Mówiła sobie, że nie stać byłoby ją na opłatę za ponowne podłączenie, ale tak naprawdę po prostu nie zależało jej na tym. Krok po kroku wycofywała się w głąb siebie.
Za dnia pracowała w polu, ubrana w workowate męskie stroje, obuta w gumiaki, z włosami zaczesanymi do tyłu pod starym wełnianym kapeluszem, tak jakby przez ukrywanie swej kobiecości mogła zaprzeczyć jej powabowi i sile. W nocy nie spała, dręczona wyrzutami sumienia. Nie zdradziła nigdy męża, ale poślubiła go bez miłości i doprowadziła do jego zguby.
