Nadal trzymała wszystkie rzeczy Jacka. Jego ubrania, wyprane i odprasowane, wisiały w szafie w pokoju jej dziadków. Wyrzucając je, czułaby się tak, jakby wyrzucała z domu Jacka, a na to nie pozwalało jej poczucie winy.

Otrząsnęła się z zadumy, uświadamiając sobie, że cały wieczór zszedł jej na rozpamiętywaniu przeszłości. Czas na odpoczynek, pomyślała i przez okno sypialni ostatni raz spojrzała na śnieg. Wiedziała, że od więzienia Princetown dzieli ją piętnaście mil i że choćby chciała, nie byłaby w stanie go dojrzeć, a jednak oczy miała utkwione w tamtym kierunku.

Zadrżała na myśl o ohydnych ścianach z granitu. Parę dni temu zbiegł jeden z więźniów i pojawiła się u niej policja. Wypytywali, czy nie widziała nikogo obcego. Na pewno już go złapali albo sam się poddał, nie mogąc znaleźć schronienia przed zimnem. Choć może wędruje jeszcze mimo braku sił. A może położył się gdzieś, śnieg przykrył go śmiertelną powłoką i ciało zostanie odnalezione dopiero wtedy, gdy wszystko odtaje… Wzdrygnęła się i zasunęła zasłony.

Zbudziło ją warczenie psa. Przez chwilę leżała bez ruchu, nasłuchując uważnie, ale niczego podejrzanego nie usłyszała. Nagle Tarn wyskoczył z łóżka i wybiegł z pokoju. Kirsty narzuciła szlafrok i zbiegła na dół, gdzie pies już skrobał do frontowych drzwi. Zdjęła z wieszaka przy drzwiach dubeltówkę, sięgnęła po latarkę i wyszła na dwór.

Padało przez całą noc i teraz w ciemności widziała tylko przykrywającą wszystko grubą warstwę śniegu. Nocna cisza wydawała się niezmącona, a jednak Tam skierował się podejrzanie szybko wprost do chlewu. Kirsty poszła za nim. Otworzyła drzwi i cicho wsunęła się do wewnątrz. Powoli omiotła chlewik światłem latarki.

Nagle tuż obok usłyszała czyjś chrapliwy oddech. Był w nim dziwny ton, ale nie miała czasu tego analizować.



11 из 182