
– Wychodź, tylko powoli! – zawołała. – Mam broń.
Słoma zaszeleściła cicho i po chwili z ciemności wynurzyła się męska postać. Był bardzo wysoki, miał ostre rysy i krótko przycięte włosy. Latarka oświetlała go od dołu, tworząc niesamowite cienie, które nadawały jego twarzy diaboliczny wygląd. Nawet w tym słabym świetle Kirsty dostrzegła więzienny uniform. Nie bała się jednak. Czuła raczej złość, że ktoś zakłócił jej samotność. Mężczyzna zrobił ruch w jej stronę.
– Na miejsce! – twardo nakazała, podnosząc strzelbę. Ale on jakby jej nie widział. Zachwiał się raz jeszcze, wyciągnął rękę, po czym runął na ziemię u jej stóp.
Kirsty przyklękła i przewróciła go na plecy. Ubranie miał przemoczone i zimne, ale jego skóra wprost parzyła jej palce. Oczy mężczyzny były nadal otwarte, lecz nie reagowały na jej widok. Jego wzrok przenosił się z miejsca na miejsce, jakby czegoś na próżno szukał.
Na wyjaśnienia przyjdzie jeszcze czas, pomyślała. Teraz trzeba zaprowadzić go do domu.
– Spróbuj usiąść – powiedziała, biorąc go pod pachy. Był bezwładny i ciężki. – No, obejmij mnie ramionami za szyję – sapnęła, z trudem łapiąc oddech – tak bym mogła cię podnieść.
– Po co? – zapytał, zdoławszy na chwilę uwolnić się od gorączkowych majaczeń.
– Muszę zaprowadzić cię do domu.
– Nie… nie mów… nikomu. Proszę… – wystękał, na próżno usiłując jej się wyrwać.
– Nikogo tu nie ma oprócz mnie – powiedziała. – No, dalej, łap mnie za szyję.
Stanowczy ton Kirsty wywarł na nim wrażenie i posłuchał. Był wielkim i ciężkim mężczyzną, ale i jej nie brakowało siły. Zdołała postawić go na nogi i przewlec jakoś z chlewu do mieszkania.
W kuchni posadziła go na krześle, rozpaliła w piecu, po czym pobiegła na górę po koce i gruby szlafrok, który kiedyś należał do Jacka. Rozebrawszy nieznajomego do naga, spostrzegła, że więzienny uniform wisiał na nim tak, jakby w więzieniu znacznie schudł. Nie patrzyła na niego jak na mężczyznę. Był problemem do rozwiązania, chorą istotą, którą trzeba podtrzymać przy życiu, zanim podejmie się dalsze decyzje.
