
Wstąpiła w niego gorączkowa energia. Miał dzikie, błędne spojrzenie, które mówiło Kirsty, że nie widzi teraz jej, tylko kogoś innego, kto budzi w nim nienawiść i grozę. Z najwyższym wysiłkiem utrzymała go na miejscu.
– Zostaw mnie! – krzyczał. – Nie dotykaj mnie… Kirsty za późno zwróciła uwagę na jego drugą, wolną rękę i potężny cios w szczękę powalił ją na podłogę. Atak furii przeminął jednak równie niespodziewanie, jak się zaczął. Gdy tylko stanęła na nogi, mężczyzna leżał już nieruchomo na sofie, gapiąc się bezmyślnie w przestrzeń nad sobą. Pośpiesznie okryła go kocami, a on posłusznie poddał się jej zabiegom.
Teraz zaczęła poważnie się bać. Jeśli wkrótce nie sprowadzi pomocy, on może umrzeć tu, w jej kuchni. Na myśl o tym Kirsty zaczęła modlić się w duchu. Nie, nigdy więcej śmierci! Boże, proszę, nigdy więcej…
– Musisz przeżyć – mamrotała, ledwo rozumiejąc, że mówi to na głos – po prostu musisz.
Po raz pierwszy spojrzał na nią przytomnie.
– Po co? – zapytał chrapliwym szeptem. – Żebyś mnie tam odesłała?
– Zrozum – odparła stanowczo -ja nie mogę ci pomóc. Trzeba posłać po lekarza, inaczej umrzesz.
Chwyciły go gwałtowne dreszcze. Przylgnął do Kirsty, palce kurczowo wczepił w jej ramiona. Gdy atak przeminął, był wyczerpany, ale spojrzenie miał wciąż utkwione w jej oczach.
– Daj mi więc umrzeć… – dyszał – wolę umrzeć niż… znów dać się zamknąć. Ty tego… nie zrozumiesz…
Pomyślała o sercu Jacka, które nie wytrzymało zamknięcia za kratami, i nagle poczuła, że ma ściśnięte gardło.
– Rozumiem – skinęła głową – nawet nie wiesz, jak dobrze.
– Więc nie mów… nikomu. Daj mi szansę. Jeśli zdołam się wydostać – oddychał teraz z większym wysiłkiem -
udowodnię… co naprawdę… Niewinny… udowodnię… niewinny…
Wpatrywała się w niego, czując, jak włosy jeżą się na jej głowie.
