
Przez trzy dni Peter nie postawił u nich nogi. Wreszcie pewnego popołudnia pojawił się w chlewie.
– Czekałem na wiadomość od ciebie – powiedział z wyrzutem.
Ta wymówka za bardzo przypominała jej Jacka. Czy zawsze będą prześladować mnie mężczyźni, którzy chcą ode mnie czegoś, czego nie mogę im dać? – pomyślała z żalem.
– Powinnam była odesłać ci książkę. Przepraszam – celowo udawała, że nie rozumie, o co chodzi Peterowi.
– Do licha z książką! Ja pragnę ciebie, Kirsty, nie widzisz tego? Kocham cię. Powiedz, że też mnie kochasz. Muszę to od ciebie usłyszeć.
– Peter, proszę cię, odejdź. Nie kocham cię. Nie potrafię. – Nagle ogarnęła ją rozpacz. – Ja chyba nikogo nie potrafię kochać.
– Nie wierzę. Jesteś stworzona do miłości. Myśli o tobie nie dają mi spać. Kirsty… Kirsty, kochanie…
Z trudem wycisnął pocałunek na jej niechętnych ustach. Objął ją, lecz ciało Kirsty było zimne i nieustępliwe. Przycisnął mocniej do siebie, a wtedy ona zaczęła wyrywać mu się ze złością, protestując głośno. Nagle poczuła, że została oswobodzona.
Oparła się o ścianę i zobaczyła, jak Jack, z twarzą poszarzałą z wściekłości, wywleka Petera z chlewu i rzuca go na ziemię.
– Nie przychodź tu nigdy więcej, gnojku! – krzyczał. – Jeśli jeszcze raz zobaczę cię obok mej żony, zabiję cię. Słyszysz? Za-bi-ję…
Caleb chwycił Jacka, jakby chciał go powstrzymać, aby ten nie zrealizował już teraz swojej groźby. Jack natomiast potrząsnął ostatni raz Peterem, po czym nienawistnym spojrzeniem zmierzył Kirsty.
Tak, to właśnie w tym miejscu próbowała zawsze zatrzymać falę wspomnień i nie pamiętać, co było dalej. Myśli jednak powracały natrętnie, zmuszając ją, by na nowo przeżywała te straszne chwile. Widziała siebie, jak siedzi sama tego wieczora i czeka na powrót Jacka z pubu. Jak tymczasem wraca Caleb i zaniepokojony pyta o niego. Jak mówi:
– Miałem nadzieję, że już jest w domu… był tam Peter… zaczęła się bójka. Peter wyszedł, ale Jack nie odstępował go na krok. Próbowałem iść za nimi, tylko że trochę za dużo wypiłem i zgubiłem ich…
