
– Ten nienormalny,co to pojechał do Berlina pod podwoziem pociągu? Ja jeszcze nic na łąkach nie spotkałem, zresztą ten biedak nie miał specjalnie możliwości narozrabiać.
– A ja bym się wybrał którejś nocy. Oczywiście z pistoletem nabitym srebrną kulą.
– Dokąd teraz? – Tomasz wgramolił się na furmankę.
– Na Uchańską. Podobny przypadek.
W domu na Uchańskiej dziecko było większe, może czteroletnie. Krew znaczyła prześcieradło jedną, dużą plamą. Śmierdziało upiornie.
– Wampir? – zapytała matka dzieciaka.
W jej głosie wyczuć można było żądzę sensacji. Jakub wciągnął powietrze nosem i pokręcił przecząco głową.
– Dezyderia. Krwawa biegunka. Czyś ty Karolino nie nakarmiła dzieciaka zepsutym mięsem?
– Czego zaraz zepsutym? Cielak się nieżywy urodził. Miałam wywalić tyle żarcia? Mój stary zjadł i nic mu nie jest. Wędrowycz złapał się za głowę.
– Czy ty babo rozum postradała? Trzeba go do Chełma do szpitala. Natychmiast. Weź wóz, albo może zapytaj, czy nie dadzą w gminie samochodu.
– E, może samo przejdzie. Wczoraj wymiotował, a dzisiaj już jak gdyby idzie ku lepszemu.
– Gdy siedziałem w obozie w czasie wojny, to więcej ludzi od tego zmarło, niż od Szwabów – wtrącił się Jan. Zawieź dziecko do szpitala, bo jutro ci na rękach umrze. Cholera, ośrodek zdrowia sto metrów stąd, a tu taka ciemnota!
Uwierzyła. Rozeszli się. Koło poczty dogonił Jakuba posterunkowy Birski.
– Dzień dobry, obywatelu Wędrowycz. Dokąd to podążacie?
– Szacunek, panie posterunkowy. Do Józefa Paczenki. – Wobec tego pójdziemy kawałek razem. Ja też idę w tamtą stronę.
– Cóż skłania was do szukania towarzystwa tak plugawego degenerata jak ja?
– Ksiądz znowu złożył skargę. – A fe. Duchowny, a kapuś.
– To poważna sprawa. Zapewne wiecie, że zarówno profanowanie mogił, jak też okradanie nieboszczyków, to przestępstwo? Jest na to odpowiedni paragraf.
