W pokoju Rand ujął go przyjacielskim gestem za ramiona.

— Jak podróż?

— Normalnie.

— Byłeś gdzieś daleko?

— Około pięciu tysięcy.

— Głupie pytanie — Rand potrząsnął głową. — Teraz latacie tylko daleko. Skończyliśmy z krótkimi wypadami. A za sto lat… za sto lat będziemy latać na dziesięć tysięcy. Albo dwadzieścia.

— To już nie robi żadnej różnicy. Skoro tylko znajdziesz się w przestrzeni, odległość przestaje być problemem. Chyba, że się zejdzie z kursu. Można wtedy złapać niezłe opóźnienie: pół galaktyki… Ale wątpię osobiście czy taka przygoda mogłaby się przytrafić.

— Chłopcy od teorii sądzą przeciwnie — roześmiał się Rand i pożeglował w stronę biurka, na którym stała nie napoczęta butelka. Zdjął kapsel.

— Wiesz, Shep — odezwał się podnosząc głowę znad butelki. — To jest fantastyczna robota. Może czasami podchodzimy do tych podróży zbyt sztampowo, przez co to wszystko staje się nieco monotonne. Niemniej tkwi w tym wszystkim masa fantazji.

— I tak zaczęliśmy podróżować zbyt późno — odparł Blaine oglądając paznokcie — za długo nie braliśmy w rachubę wszystkich własności człowieka. Bo było to zbyt fantastyczne. Bo nie byliśmy w stanie uwierzyć w nasze możliwości. A one tkwiły w nas zawsze. Już starożytni znali je, ocierali się o nie. Lecz nie rozumieli tego i traktowali je jak czary lub magie.

— Większość ludzi uważa tak do dzisiaj — odparł szybko Rand, a po twarzy przeleciała mu chmura. Postawił na biurku dwie szklanki. Wyjął z lodówki kostki lodu. Nalał hojnie porcje.

— No, to wypijmy — wręczył Blaine'owi szklankę. Sam usiadł za biurkiem. Obrzucił Blaine'a karcącym wzrokiem.

— Na co czekasz? Siadaj! Nie musisz się tak okropnie spieszyć. A picie na stojąco traci cały urok. Blaine usiadł, a Rand wyciągnął się w fotelu kładąc nogi na biurku.

Pozostało już nie więcej niż dwadzieścia minut!



12 из 248