
— Nie pleć — przerwał staruszek — ino opowiadaj, coś widział.
— Jam — pochwalił się chłopak — wiedźmińskiego konia strzegł, kobyłki kasztanki ze strzałką białą.
— Z kobyłką pies tańcował! A jak wiedźmin potwora ubijał, widziałeś?
— Eee… — zająknął się chłopak. - Nie widziałem… Do tyłu mnie wypchli. Wszyscy w głos wrzeszczeli i konie się spłoszyły, tedy…
— Przeciem mówił — rzekł pogardliwie dziadek — że gówno on widział, smark jeden.
— Alem widział wiedźmina, gdy wrócił! - zaperzył się chłopak. - A komendant, który na wszystko baczył, blady był całkiem na licu i rzekł po cichu do żołnierzów, że są to czary magiczne albo sztuczki elfie, że zwykły człowiek tak szybko mieczem robić nie zdoła… Wiedźmin za się od kupców wziął pieniądz, kobyłki dosiadł i pojechał.
— Hmmm… — mruknął Aplegatt. - Którędy pojechał? Traktem ku Carreras? Jeśli tak, to go może dognam, choć mu się przyjrzę…
— Nie — powiedział chłopak. - On z rozstaja w stronę Dorian ruszył. Spieszno mu było.
*****Wiedźminowi rzadko śniło się cokolwiek i nawet tych rzadkich snów nigdy nie pamiętał po przebudzeniu. Nawet wtedy, gdy były to koszmary — a zwykle były to koszmary.
Tym razem to też był koszmar, ale tym razem wiedźmin zapamiętał przynajmniej jego fragment. Ze skłębionego wiru jakichś niejasnych, ale niepokojących postaci, dziwnych, ale złowróżbnych scen i niezrozumiałych, ale budzących grozę słów i dźwięków wyłonił się nagle wyraźny i czysty obraz. Ciri. Inna od tej, którą pamiętał z Kaer Morhen. Jej popielate włosy, rozwiane w galopie, były dłuższe — takie jakie nosiła wtedy, gdy spotkał ją po raz pierwszy, w Brokilonie.
