
Czerwone zachodzące słońce migotało w wysokich oknach jej przyszłego domu. Domu pod czerwonym dachem, gdzie na fasadzie znajdował się balkon, owinięty winoroślą i dlatego cały budynek przypominał etykietkę starego wina. Drżał na dachu miedziany kogucik, a Nazar maszerował przez podwórze, niosąc pod pachą kosz z jedzeniem i stale coś gubił - a to ręcznik, a to stosik serwetek, a to trudnego do ujarzmienia ziemniaka.
Potem tata-świekr nastroił mandolinę; w repertuarze tego poważnego i szanowanego człowieka znajdowało się mnóstwo zabawnych, a nawet frywolnych piosenek. Iwga tak się śmiała, że dwukrotnie wpadła jej kanapka do ogniska; tata-świekr błyskał oczami i walił takie teksty, że nawet na policzkach Nazara pojawił się rumieniec.
Potem nagle tata-świekr przycisnął struny dłonią, milczał przez sekundę, wpatrując się w ogień i zaśpiewał coś zupełnie innego, melodyjnego i z długą fabułą, coś o marynarskiej kobiecie, która machała chusteczką z brzegu, a z morza odpowiadała jej rusałka z okrągłym lusterkiem w dłoni i grzebieniem w zielonych włosach i obie chciały tego samego przystojniaka kapitana.
Nazar ułożył się na trawie, z głową na kolanach Iwgi. Tata-świekr spokojnie otworzył następną butelkę, jednym łykiem osuszył pół kieliszka i zaczął śpiewać coś studenckiego i lirycznego. Iwga nabrała ochoty by się włączyć do śpiewu, ale nie znała ani słów, ani melodii. Otwierała usta niczym ryba, kiedy w melodię wplótł się odległy warkot silnika.
- Ktoś tu jedzie - sennie odezwał się Nazar.
Iwga zaniepokoiła się. Nie lubiła nowin, zmian, niespodziewanych gości, ani nawet wesołych niespodzianek. Tym bardziej teraz, kiedy rozleniwiła się, rozmiękła w swoim szczęściu jak czekolada w dłoni, kiedy nie ma siły bronić swej kruchej wewnętrznej równowagi. Nowy gość to agresor, nieproszony najeźdźca jej świata, gdzie w końcu po tylu mękach, zapanował ład i spokój.
