
Bardzo kruchy spokój. Proszę, wystarczył dźwięk silnika i cały spokój znikł.
Nazar z żalem podniósł głowę z kolan Iwgi. Wstał, uśmiechnął się szeroko do profesora:
- Tatku, czy Klaudiusz ma nowy wóz? Zielonego grafa z antenką? Tak?
Tata-świekr od razu odłożył mandolinę.
- Klaudi? Niech to licho... No, dzieci moje, będziemy się bawili do rana...
Iwga milczała. Źle będzie, jeśli ktoś zobaczy jej rozczarowanie. Widocznie przyjechał stary przyjaciel domu, z tego powodu należy się cieszyć. W końcu, wizyta niedobrego czy niesympatycznego człowieka, raczej nie wprowadziłaby profesora w taki znakomity nastrój. Nazar nie stałby w bramie, oddając honory siedzącemu za kierownicą mężczyźnie, niczym wartownik na drodze i nie jeździłby, jak dzieciak, na żelaznym skrzydle bramy...
Tata-świekr powiesił mandolinę na piersi:
- A teraz Ruda, poznam cię z wybitnym osobnikiem... Ruda, co ci?
Zielony wóz wolno wtoczył się na podwórze. Starannie i uprzejmie, jak dobrze ułożony zwierz - ale reflektory przykryte osłonami wydawały się Iwdze mętnymi ślepiami potwora. Kawałek kanapki utknął jej w gardle - nie mogła go przełknąć ani wypluć; w jakichś zakątkach jej ciała pośpiesznie pęczniały mdłości i zawroty głowy. Pamiętała to uczucie - ale wtedy, kiedy odezwało się po raz pierwszy, było nieporównywalnie słabsze. Teraz zaś...
- Iwgo, co ci jest?
Nazar już potrząsał ręką kierowcy. Iwga widziała tylko plecy przybysza w jasnej koszuli. Czarne włosy, starannie przystrzyżone na karku, karnie ułożone...
- Iwgo, coś ci się stało?
- Zemdliło mnie - wykrztusiła z trudem. - Tato-świekrze, przepraszam, muszę do domu... Położę się...
Na wprost jej oczu znalazły się jego zaniepokojone, podejrzliwe i jednocześnie uradowane oczy.
