Istniały wszakże naturalne prawa rządzące wszystkimi społeczeństwami. Parz, pogrążając się w zamyśleniu przechodzącym w drzemkę, pokiwał głową. To było logiczne. Qaxowie musieli działać niczym niezależne korporacje w warunkach uczciwej konkurencji. Unosili się w oceanie czystej informacji o działaniach i zamierzeniach pozostałych, a coś na kształt porządku wymuszane było na nich przez same prawa gospodarki. Tak. Parz czuł, że jego teoria jest słuszna. Qaxowie byli urodzonymi kupcami. Musiało tak być. I handel stanowił ich naturalny sposób działania w kontaktach z innymi gatunkami, kiedy już zaczęli rozprzestrzeniać się poza macierzystą planetą.

Chyba że, jak w przypadku ludzkości, inne perspektywy, prostsze i obiecujące, pojawiały się na horyzoncie…

Parz nie wierzył — w przeciwieństwie do wielu analityków — by qaxowie byli społecznością z natury militarystyczną. Przy tak niedużej liczbie osobników nie mogli nawet wytworzyć samej idei filozofii wojny. Nie mogli postrzegać żołnierzy swej rasy jako mięsa armatniego, z góry przeznaczonego na stracenie, jako odnawialnych zasobów, hodowanych albo zużywanych zgodnie z potrzebami aktualnego konfliktu. Zabójstwo qaxa stanowić musiało niewyobrażalną zbrodnię.

Nie, qaxowie nie byli wojowniczą rasą. Pokonali ludzi i zajęli Ziemię tylko dlatego, że było to dziecinnie łatwe.

Oczywiście pogląd taki nie należał do szczególnie popularnych i Parz zachował go dla siebie.

— Ambasadorze Jasofcie Parz.

Ostry, kobiecy głos gubernatora brutalnie wyrwał go z zamyślenia. Czyżby naprawdę zasnął? Potarł oczy i wyprostował się — i zaraz skrzywił się, gdy uaktywniły się nowe ogniska bólu w jego plecach.



11 из 228