
Harry zadarł głowę, obserwując gwiazdy.
— Widać stąd Ziemię?
Michael wzruszył ramionami.
— Centralne rejony Układu Słonecznego wyglądają stąd jak rozmazana plama światła. Niczym odległy staw. Chcąc dostrzec Ziemię, trzeba skorzystać z instrumentów.
— Jesteś daleko od domu.
Desenektyzacja przywróciła Harry'emu dawną, gęstą blond grzywę. Jego oczy przypominały czyste, błękitne gwiazdy, kwadratowa twarz o drobnych rysach nieodparcie przywodziła na myśl chochlika. Michael, przyglądając się mu z zaciekawieniem, skonstatował nie bez zdziwienia, że ojciec zdecydował się przy rekonstrukcji na zaskakująco młody wygląd. Sam Michael zachował sześćdziesięcioletnie ciało, w jakim pozostawiły go upływające lata, gdy pojawiła się technologia desenektyzacyjna. Teraz odruchowo przesunął dłonią po wysokim czole, szorstkiej, pomarszczonej skórze policzków. Cholera, Harry nie zatrzymał nawet oryginalnych barw — czarnych włosów, brązowych oczu — które przekazał Michaelowi.
Harry zerknął na szklankę Michaela.
— Ładny z ciebie gospodarz — stwierdził bez cienia przygany w głosie. — Może byś mnie czymś poczęstował? Mówię poważnie. Można teraz kupie moduły gościnne dla wirtuali. Barki, kuchnie. Wszystko, co najlepsze, dla twoich wirtualnych gości.
— I po co to? — roześmiał się Michael. — Nic z tego nie jest realne.
Na sekundę oczy ojca zamieniły się w wąskie szparki.
— Realne? Czy naprawdę wiesz, co teraz czuję, w tej chwili?
— Ani trochę mnie to nie obchodzi — odparł spokojnie Michael.
— Tak — przyznał Harry. — Myślę, że to prawda. Na szczęście poczyniłem pewne przygotowania. — Strzelił palcami i w jego otwartej dłoni zmaterializowała się pokaźna szklanica brandy. Michael niemal poczuł jej zapach. To tak, jakbym zabrał ze sobą piersiówkę. Cóż, Michael, skłamałbym, mówiąc, że to dla mnie przyjemność. Jak ty możesz żyć w tym zapomnianym przez Boga miejscu?
