
Ambasador odruchowo zadrżał na widok przytłaczającej masy splina. Statek flagowy miał z grubsza sferyczną postać, pozbawioną insygniów i oznaczeń ozdabiających niegdyś ludzkie okręty sprzed kilku stuleci. Kadłub utworzony był nie z metalu czy plastiku, lecz z pomarszczonej, skórzastej powłoki, przy wodzącej na myśl grubą skórę starego, zaprawionego w setce pojedynków słonia. Kadłub upstrzony był szerokimi na jardy otworami, wielkimi pępkami, w których podejrzliwie migotały czujniki i elementy uzbrojenia. W jednej z dziur otworzyło się oko, w denerwujący sposób przeszywając Parza swym spojrzeniem. Oko stanowiło połyskliwą kulę o średnicy trzech jardów i nieprzyjemnie ludzkim wyglądzie — jeszcze jeden dowód potęgi zbieżnej ewolucji. Parz odwrócił się od niego, niemalże z poczuciem winy. Podobnie jak pozostałe organy splina, oko zostało utwardzone, by przetrwać trudne warunki podróży kosmicznej włącznie z bolesnymi, zmiennymi perspektywami superprzestrzeni — i zmodyfikowane, by móc sprostać potrzebom pasażerów pojazdu. Lecz Parz wiedział, że sam splin pozostawał rozumną, czującą istotą, i teraz zastanawiał się, jak znaczna część tego ciężkiego spojrzenia powodowana była świadomością splina, jaka zaś wtórnym zainteresowaniem jego pasażerów.
Przysunął twarz bliżej szyby. Ponad cielistym horyzontem splina błękitny, przeszywająco bolesny skrawek Ziemi rysował się lukiem w czerni kosmosu. Stary człowiek poczuł się tak, jakby stalowy kabel przyciągał jego serce ku tamtemu niedostępnemu fragmentowi ojczystej planety. Ponad błękitnym łukiem dostrzegł kolejny statek, zmniejszony odległością do rozmiarów jego pięści. To okręt wojenny, którego cielisty kadłub najeżony był platformami z broni — większość z nich wymierzona była złowróżbnie w Parza, jak gdyby prowokując go, by spróbował coś uczynić. Groźna potęga długiego na milę pancernika rozbawiła Parza. Pomachał splinowi kościstą pięścią i pokazał mu język.