
Przekonstruowały same siebie.
Okryły swe ciało pancerzem, utwardziły organy wewnętrzne — i oderwały się od powierzchni swej planety niczym wielkie na milę, nabijane ćwiekami balony. Stały się żywymi statkami, karmiącymi się rozrzedzoną materią międzygwiezdną.
Spliny stały się przewoźnikami, zapewniły bezpieczeństwo swej rasy we wszechświecie, wynajmując swoje usługi dowolnemu z setki gatunków.
Nie była to taka znowu zła strategia, jeśli jej celem miało być przetrwanie gatunku, uznał Parz. Spliny pracować musiały znacznie dalej, niż sięgała mydlana bańka przestrzeni zbadanej przez ludzkość przed qaxańską okupacją nawet poza granicami obszerniejszej przestrzeni eksploatowanej przez qaxów, w którą wtłoczony był także i ten żałośnie mały teren zajęty przez ludzi.
Parz wiedział, że pewnego dnia qaxowie odejdą. Może to ludzie będą odpowiedzialni za tę zmianę. Może nie. Tak czy owak. pod władaniem nowej rasy handel trwać będzie dalej, istnieć będzie zapotrzebowanie na transport nowych wiadomości i towarów między gwiazdami. Toczone będą nowe wojny. I istnieć też będą spliny, najpotężniejsze z istniejących statków z prawdopodobnym wyjątkiem niewyobrażalnych flot samych xeelee; nadal krążących wśród gwiazd, niewidzialnych i nieśmiertelnych, przyznał Parz.
Niewielki iluminator przelotnie zapłonął purpurą, zmatowiały plastik zamigotał laserowymi cętkami. Potem automatyczny tłumacz wbudowany w strukturę flittera zbudził się z sykiem do życia i Parz domyślił się, że splin nawiązał bezpośrednie połączenie przy użyciu skupionej wiązki laserowej. Coś w jego wnętrzu wciąż jeszcze dygotało, gdyż nadchodził najważniejszy moment tej podróży. Gdy qaxański gubernator Ziemi przemówił wreszcie monotonnym, niepokojąco kobiecym głosem, wzdrygnął się odruchowo.
